Co zrobić, gdy jesteś w miłości

Urządzenie można ładować w domu za pomocą specjalnej ładowarki. Naładowany aparat wytrzymuje ok. 6 godzin. Usługa Home KTG przeznaczona jest dla mam w ciąży fizjologicznej, czyli takiej przebiegającej prawidłowo (gdy nie jesteś hospitalizowana w czasie trwania ciąży, nie przyjmujesz leków, ciąża nie jest „zagrożona”). Co zrobić, jeśli jestem nieszczęśliwie zakochana w byłej miłości? Jestem nieszczęsliwie zakochana jeszcze(6-ty rok) w byłej mojej miłosci > On ma 2-gą żonę , ktora też zdradza umawiając się z innymi kobietami z portali :mezatkami. A matki przeżywają jest normalne, czy to jest, gdy dziecko uwielbia praktycznie wynalazł przynajmniej nieosiągalny charakter. Jeśli Twoja córka jest w miłości z aktorem na początek, zamiast togochtoby nerwowy i doświadczeń, analizy sytuacji i zidentyfikować wszystkie zalety plyusyi. Proyavlenielyubvi Co zrobić, jeśli wrócił do pierwszej miłości, jak się zachować w tej sytuacji, wiesz co powiedzieć ludziom, aby nie urazić nikogo własnymi słowami? Staraj się nie ulegać pokusom. Postaraj się, aby ich do odstąpienia od rzeczywistych minut życia. -Dlatego w chwilach bliskości zachowuje się w taki sposób, który powoduje w tobie napięcie i w rezultacie albo ty się czujesz odepchnięta jego zachowaniem, albo sama go odpychasz, bo uraził cię tym, co powiedział lub zrobił. To schemat, który nim kieruje. Sprawia, że odpowiada obojętnością na dowody miłości. Jeśli kochasz kogoś, kto nie jest twój, w miłości i na wojnie wszystko jest sprawiedliwe. Musisz to zrobić! Czas leczy wszystkie rany, ale nie leczy żalu ani pytań typu „co by było, gdyby”. Jeśli kochasz kogoś, kto nie jest twój, w miłości i na wojnie wszystko jest sprawiedliwe. Musisz to zrobić! Jestem zakochana w chłopaku ode mnie 2 lata starszym... ja sama mam 14 lat... Nie wiem, co mam zrobić, ponieważ czasem mi nie odpisuje na SMS-y, a mojej koleżance napisał, że ma dziewczynę i świetnie mu się z nią chodzi... i nie chodziłby ze mną... jednak w szkole jest wszystko OK... uśmiecha się do mnie i takie tam... nie wiem, co mam mu powiedzieć, żeby zrozumiał, że ja ... Nie rezygnuj z miłości. Zrezygnuj z ludzi, z którymi nie możesz zbudować zdrowej relacji, albo dlatego, że są w Tobie rzeczy, które muszą się zagoić, albo dlatego że Twoja „druga połówka” nie jest w stanie zaoferować Ci tego, czego potrzebujesz.. Istnieją ludzie, którzy po prostu nie wiedzą co to miłość, nie potrafią kochać. - Gdy jesteśmy zrozpaczone albo przepełnione nienawiścią, złością, roztrzęsione, w poczuciu wielkiej straty, nie zbudujemy zdrowej nowej relacji. Tymczasem obserwuję sporą część ... Twoje gadulstwo może postawić partnera w niezręcznej sytuacji, np. gdy ktoś zechce wykorzystać te informacje. A poza tym oboje stajecie się obiektem plotek, co nie służy związkowi. Nasza rada

Poświęćcie przysłowiowe 5 minut swojego życia i przeczytajcie. Może komuś tym pomogę.

2020.03.10 20:36 Gonz4les Poświęćcie przysłowiowe 5 minut swojego życia i przeczytajcie. Może komuś tym pomogę.

Cześć Reddicie, polska! Chcę Wam przedstawić po krótce moją historię... Jestem Artur, mam 22 lata, rocznikowo 23, mieszkam w małym miasteczku w południowej Małopolsce z rodzicami oraz pracuje sobie jako serwisant komputerowy i nie narzekam na płacę, nie jest taka zła. Zbieram się od 3 miesięcy, żeby to z siebie przelać na kartkę i udostępnić to na Reddicie, ponieważ wierzę, że tym wpisem pomogę komuś sobie uzmysłowić, że psychologowie to nie biały kaftan i wariatkowo, ani tym bardziej psychiatrzy; bo są to ludzie od pomocy, tak jak normalny lekarz czy przewodnik po mieście. Od razu mówię, że chcę zachować swoją prywatność, ponieważ nie uśmiecha mi się, żeby ktoś z moich znajomych wiedział, że to ja, dlatego też moje imię i zbieżność zachowań oraz imion innych ludzi jest przypadkowa, nie mniej jednak moja historia jest prawdziwa więc chciałbym, abyście uszanowali moją prywatność. Nie jestem pisarzem, więc wybaczcie za błędy. No to co? Zaczynamy: Kiedy tak pomyślę wstecz, to zawsze byłem celem szyder i szykan od strony rówieśników, aż do technikum, gdzie każdy był na tyle mądry, by nie traktować się jak bydło i szanować siebie nawzajem, jak rodzina. W okresie podstawówka/gimnazjum zawsze było tak, że dostałem najgorszy wpierdol od tego jednego kolegi w klasie, który był - z perspektywy dzisiejszego dnia - pseudo-alfą, który czuł się bezkarnie, bo koledzy się go bali. Na moje nieszczęście w gimnazjum mój kumpel stał się moim koszmarem po feriach w pierwszej klasie i oczywiście to ja musiałem się stać tym obiektem doznań frustrata, bo byłem niestety cą... bardzo bałem się postawić, ponieważ byłem przekonany, że każdy w okół mnie uwziął się na moją osobę, co jak potem okazało się, że każdy bał się mojego "kolegi", więc wybrali mniejsze zło i woleli stanąć po jego stronie, nawet mój serdeczny i wieloletni przyjaciel, Antek, pod przykrywką dołączył do niego, lecz my cały czas poza szkołą dalej się lubilismy a w szkole był neutralny stosunek między nami. Wiecie, w każdej klasie, prawdopodobnie do szkoly ponadgimnazjalnej, znajdzie się taki gość, co będzie chciał zawładnąć całą klasą i terroryzować jedną osobę lub kilka osób... Nie mówcie mi, że to moja czy wina rodziców, bo to nie jest miejsce na mówienie komuś, co powinien był zrobić w danym momencie. A sam przyznam, że moja wina w tym pewnie jakaś była, bo mogłem się odezwać, ale tak bywa, jak twoja samoocena jest niżej niż dno Rowu Mariańskiego. Skoczmy teraz kilka lat dalej i zatrzymajmy się na mojej osobie w wieku lat bodajże 18. To ten moment, kiedy dziecko tylko kalendarzowo staje się dorosłym i może trochę więcej niż ktoś młodszy od niego o rok. Już minęły 2 lata od zakończenia gimnazjum (bo gimbaze kończyło się bodajże jak miało się 16 lat, o ile dobrze pamiętam; no moja pamięć nie jest najlepsza, czasem zawodzi i to trzeba przyznać), wszystko było spokojnie do momentu, kiedy bardziej zacząłem się interesować płcią przeciwną i zachcialem poszukać tej, która będzie warta zachodu, lecz moja samoocena dalej była niżej niż najniższy krąg piekła Dantego, tak więc sięgnąłem po Tindera i Badoo - jak nie trudno się domyślić, ciężko było kogoś dopasować a co dopiero zacząć konserwację i tak człowiek zaczął poznawać więcej i więcej dziewczyn, czasem na jedno lub 2 słowa i zastanawiał się, co z nim jest nie tak, chyba taki brzydki nie jestem (albo jestem tak szkaradny) no a przecież to tylko wygląd, który przemija... Ja chciałbym mieć jakąś drugą połówkę... Dużo kompleksów na tamtą chwilę zostało po gimnazjum i podstawówce, lecz też środowisko - a dokładniej reklamy i inne tego typu spoty idealizujące piękno i nieskazitelność dawały mi - dojrzałemu emocjonalnie, jak sie wydawało chłopakowi - ostro po dupie... A to bądź napakowany, bądź cool, uśmiechaj sie bez przerwy, tylko słabi się smucą, miej niesamowity biały uśmiech, bądź jak James Bond czy bądź kurwa jak ten albo tamten piłkarz, bo on jest normalnie bożkiem i trza mu najlepiej dobrze zrobić i będziesz super (oczywiście tu teraz wszedł sarkazm, ale tak wyglądają realia dla osoby, która serio ma problemy z samooceną i zewsząd jest atakowana informacjami zwrotnymi, w których ma być nieskazitelnie idealny, bo jak nie, to jest jakimś odludkiem i podczłowiekiem). W końcu zrezygnowałem z tego typu "apek" bo kompletnie nie mogłem pojąć, co jest ze mną nie tak. W końcu poznałem moja przyjaciółkę przez kuzynkę. Szybko się zaprzyjaźniliśmy i zapytałem się jej, czy moglibyśmy być razem (co było ultra wyzwaniem dla mnie, bo to pierwsza osoba płci pięknej, która mnie traktowała jakoś inaczej ), niestety, miała chłopaka, więc nic z tego, ale jak zerwali to za jakiś czas się zapytałem, czy moglibyśmy być razem (już drugi raz), wtedy powiedziała, że nie widzi we mnie jej chłopaka - no trudno, bywa, to koniec mojego życia, normalnie zaraz się zabiję czy tam udławię sokiem z cytryną (swoją drogą smacznym) - chyba nie muszę pisać, że był to dla mnie okropny cios w serce, bo to wiele znaczyło dla mnie, jak się okazało potem - a w sumie to niedawno, że zawsze do mnie coś czuła, lecz trafił kołek na żebra biedaka z samooceną, czyli moje lustrzane odbicie. Bała się poprostu mnie stracić. Już za jakimś 5 razem, od momentu, kiedy pierwszy raz się zapytałem, czy możemy chodzić znudziło mi się takie pytanie i czekanie, bo uznałem że być może tak miało być i mogło się to nie udać poprostu, bo pomiędzy okresami gdzie miała chłopaków, miałem niesamowite jazdy emocjonalne i psychiczne... Wiecie, dość że sam fakt, że osoba na której mi zależy i to, że boję się zawalczyć, bo ma chłopaka, potem następnego i tak dalej daje mi po dupie, to jeszcze społeczeństwo krzyczące w niebogłosy wraz z lizaniem jaj powiedzeniu "BĄDŹ FACET, NIE PŁACZ! FACET NIE MOZE OKAZYWAĆ SŁABOŚCI, FACET MA BYĆ TWARDY!" (no, najlepiej żeby facet wpierdalał szklane butelki po piwie i ruchał lwy w dupe na arenie, bo inaczej jest "mało-samczy") nie pomagało nic a nic, jedynie doprowadza słabsze emocjonalnie jednostki do załamania nerwowego czy psychozy, bo trzymanie uczuć w sobie nie jest ani dobrym ani zdrowym pomysłem na życie. No właśnie, skoro taki byłem poturbowany, to zapytacie, czy miałem myśli samobójcze, bo teraz wśród młodszych ode mnie ludzi jest moda na depresję i myśli samobójcze, bo to super HAHA żarcik. Powiem tak, miałem, może z 12 moze 6 albo i 8... Nie wiem, trochę tego się przewinęło, ale nigdy nie chciałem się zabić, bo za bardzo się przejmowałem, co powiedzą rodzina, przyjaciele, znajomi - zawsze mnie to odciągało od mojej głupiej decyzji. No niestety mojemu śp. kuzynowi Mateuszowi nie wystarczyło odwagi i postanowił się zabić, cóż, to odbiło się na mnie bardzo mocno, bo nie mogłem sobie wybaczyć, że będąc tak blisko siebie, byliśmy jednocześnie tak daleko... Ten wspólnie spędzony czas już nie wróci; niestety śmierć w realu nie jest taką fajną sprawą jak w grze, że damy ESC i wybierzemy ostatnio zapisany SAVE... Odbieramy sobie życie i już po nas... koniec... niema nas... a nasi bliscy cierpią przez naszą głupotę i zastanawiają się "czemu nic nie powiedział, łolaboga" - no właśnie, dlaczego? A dlatego, że społeczeństwo wymusza na facetach bycia jebanymi cyborgami bez emocji, bo na co to komu? Dlatego właśnie największy współczynnik samobójstw w Polsce czy pewnie na całym świecie jest właśnie wśród mężczyzn, bo jest nam to wpajane od małego. Wracając do mnie. Przenosząc się rok wstecz od dzisiaj, gdy miałem 22 lata rocznikowo. W pewnym momencie zacząłem czuć się jak coraz większe gówno, bo dość że moja samoocena dawała mi po dupie, bo uważałem się za gówno dosłowne to jeszcze dochodził taki śmieszno-dziwny głos z tylu głowy, który mówił do mnie mniej więcej tak "nie zasługujesz na szczęście", "nie znajdziesz miłości życia", "jesteś nikim" zacząłem swoim kilku przyjaciołom powoli mimowolnie dawać znać, że coś jest ze mną nie tak, mój najstarszy stażem przyjaciel , Antek, był pierwszą osobą, która bardzo dobitnie mi uświadomiła, że jak nie pójdę do psychologa to może być ze mną źle. Dwa tygodnie zastanawiałem się nad tym, aż pewnego razu poprosiłem moich rodziców o pomoc w tej kwestii, bo uważam że nie ważne ile się ma lat, od tego są rodzice by się radzić w pewnych kwestiach w życiu. Bardzo ważne przed pójściem do psychologa jest to, żeby samemu zdecydować na pójście do niego, bo inaczej będzie ciężko ze zmianami. Gdy już będziecie na miejscu, to polecam pozwolić zadawać sobie pytania, psycholog sam stwierdzi, czy jest sens wizyt u niego, czy wizyty u psychiatry są lepsze, a psychiatra często zajmuje się naszymi problemami, które są osadzone głęboko w głowie, nie ma obaw, że wsadzą was do białego pokoju, to nie są filmy żywcem z Hollywood, życie wygląda zdecydowanie inaczej. Dzięki wizytom u psychologa zmieniłem swoje stare nawyki charakteru znacząco, bo oprócz niskiej samooceny doszło do tego traktowanie kobiet jak coś gorszego sortu niekiedy, ale tylko na szczęście kończyło się na persfadowaniu mojej racji - moja racja jest najmojsza i ch*j - bez obelg czy krzywd fizycznych a także bezsensowne kłótnie z kim popadnie czy nawet bycie niezłym k*sem niekiedy. Teraz czuje się super, bo wiem, że stać mnie na wszystko, że moje życie jest w moich rękach, i jak odpowiednio chwycę je za rogi, to spełnię swoje marzenia. Tak więc moje życie wychodzi na prostą dzięki właśnie takim wizytom, które są na prawdę potrzebne w moim życiu gdzie oczywiście sam musiałem pracować ciężko na własną poprawę, bo inaczej bym sobie nie dał rady i nie było by mnie w miejscu, w którym jestem teraz... Mam kochaną dziewczynę, którą poznałem w realu oraz która mnie rozumie i wspiera a także ludzi, którzy nie odeszli ode mnie mimo wszystko i dzielę z nimi swój najlepszy okres swojego życia w tym momencie a także wkrótce planuje założyć własną firmę. Także wychodzę do Was drodzy nieznajomi z pewną myślą: Jeśli jest w życiu źle, macie złą samoocenę czy ogólnie problem ze swoją osobą, to pierwsze pomyślcie o wizycie u specjalisty, to nie boli a uratuje Wam życie a także przy odpowiednim zaparciu i wsparciu - pomoc zmienić Was na lepsze... Pamiętajcie, nie ważne co się będzie w Waszym życiu działo, są ludzie, którym na Was zależy, dajcie im sobie pomóc, będą za to wdzięczni :)
TL;DR: Mając problemy z własną samooceną i innymi negatywnymi reperkusjami gnębienia w szkole i pogarszajacym się samopoczuciem emocjonalnym w pozniejszym życiu zgłosiłem się do psychologa, to nie boli a daje szansę na poprawę życia i wyjście na prostą. Nie dajcie się przekonać, że psycholog to zło i że nie ma wyjścia z jakiejś sytuacji, bo nie i chuj... Pamiętajcie że "chcieć to móc". Bądźcie tego świadomi i trzymajcie się ludzie :)
submitted by Gonz4les to Polska [link] [comments]


2018.12.05 20:22 Gazetawarszawska NIE-BOSKA KOMEDIA


NIE-BOSKA KOMEDIA
– STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE –
ZYGMUNT KRASIŃSKI
NIE-BOSKA KOMEDIA: Oświęcim 27 stycznia 2014
Szałas – lamp kilka – księga rozwarta na stole – Przechrzty. https://www.gazetawarszawska.com/index.php/historia/2588-nie-boska-komedia

PRZECHRZTA Bracia moi podli, bracia moi mściwi, bracia kochani, ssajmy karty Talmudu jako pierś mleczną, pierś żywotną, z której siła i miód płynie dla nas, dla nich gorycz i trucizna.
CHÓR PRZECHRZTÓW Jehowa pan nasz, a nikt inny. – On nas porozrzucał wszędzie, On nami, gdyby splotami niezmiernej gadziny, oplótł świat czcicielów Krzyża, panów naszych, dumnych, głupich, niepiśmiennych . – Po trzykroć pluńmy na zgubę im – po trzykroć przeklęstwo im.
PRZECHRZTA Cieszmy się, bracia moi. – Krzyż, wróg nasz, podcięty, Zbutwiały, stoi dziś nad kałużą krwi, a jak raz się powali, nie powstanie więcej. – Dotąd pany go bronią.
CHÓR Dopełnia się praca wieków, praca nasza markotna, bolesna; zawzięta. – Śmierć panom – po trzykroć pluńmy na zgubę im – po trzykroć przeklęstwo im!
PRZECHRZTA Na wolności bez ładu, na rzezi bez końca, na zatargach i złościach, na ich głupstwie i dumie osadzim potęgę Izraela- tylko tych panów kilku – tych kilku jeszcze zepchnąć w dół- trupy ich przysypać rozwalinami Krzyża. –
CHÓR Krzyż znamię święte nasze – woda chrztu połączyła nas z ludźmi – uwierzyli pogardzający miłości pogardzonych. – Wolność ludzi prawo nasze – dobro ludu cel nasz – uwierzyli synowie chrześcijan w synów Kaifasza . – Przed wiekami wroga umęczyli ojcowie nasi – my go na nowo dziś umęczym i nie zmartwychwstanie więcej. –
PRZECHRZTA Chwil kilka jeszcze, jadu żmii kropel kilka jeszcze – a świat nasz, nasz, o bracia moi! –
CHÓR Jehowa Pan Izraela, a nikt inny. – Po trzykroć pluńmy na zgubę ludom – po trzykroć przeklęstwo im! –
Słychać stukanie.
PRZECHRZTA Do roboty waszej – a ty, święta księgo, precz stąd, by wzrok przeklętego nie zbrudził kart twoich. – Talmud chowa. Kto tam?
GŁOS ZZA DRZWI Swój! – W imieniu Wolności, otwieraj! –
PRZECHRZTA Bracia do młotów i powrozów! Otwiera.
LEONARD wchodząc Dobrze, obywatele, że czuwacie i ostrzycie puginały na jutro. Do jednego z nich przystępuje. A ty co robisz w tym kącie?
JEDEN Z PRZECHRZTÓW Stryczki, obywatelu.
LEONARD Masz rozum, bracie – kto od żelaza nie padnie w boju, ten na gałęzi skona. –
PRZECHRZTA Miły obywatelu Leonardzie, czy sprawa pewna na jutro? –
LEONARD Ten, który myśli i czuje najpotężniej z nas wszystkich, wzywa cię na rozmowę przeze mnie. – On ci sam na to pytanie odpowie.
PRZECHRZTA Idę – a wy nie ustawajcie w pracy – Jankielu, pilnuj ich dobrze. Wychodzi z Leonardem.
CHÓR PRZECHRZTÓW Powrozy i sztylety, kije i pałasze, rąk naszych dzieło, wyjdziecie na zatratę ím – oni panów zabiją po błoniach – rozwieszą po ogrodach i borach – a my ich potem zabijem, powiesim. – Pogardzeni wstaną w gniewie swoim, w chwałę Jehowy się ustroją; słowo Jego zbawienie, miłość Jego dla nas zniszczeniem dla wszystkich. – Pluńmy po trzykroć na zgubę im, po trzykroć przeklęstwo im! –
+++
Namiot – porozrzucane butelki, kielichy.
PANKRACY
…………………………………. …………………..

NIE BOSKA KOMEDIA

– STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE –

ZYGMUNT KRASIŃSKI

Motto:
  1. Bezimienny „Do błędów, nagromadzonych przez przodków, dodali to, czego nie znali ich przodkowie – wahanie się i bojaźń; i stało się zatem, że zniknęli z powierzchni ziemi i wielkie milczenie jest po nich”
  2. Hamlet (szekspirowski bohater) „To be or not to be that is the question” (tł. “Być albo nie być, oto jest pytanie”)
Dedykacja: „Poświęcone Marii”
(Zapewne chodzi o Joannę Bobrową, nazywaną przez Krasińskiego Marią, którą poznał w Rzymie w 1834 roku).
Część pierwsza:
a) część epicka – rozbudowana apostrofa do Poety lub Poezji:
Poeta zwraca się bezpośrednio do Poezji, ironizując na jej temat i mówiąc z niemałym przekąsem o wszystkich jej „dobrodziejstwach”. Do Poezji należy bowiem wszystko na świecie, każde zjawisko może stać się również Jej udziałem, jeżeli tylko Ta obierze je sobie za swój punkt zainteresowania. Przemawia do Niej: „Chwale twojej niby nic nie zrówna”. Jednocześnie zwraca uwagę na pewien znaczny dysonans pomiędzy tym, o czym każdy artysta pisze w danej chwili (a więc mogą to być myśli zupełnie ulotne, w konkretnym momencie nawet mało znaczące) a tym, co czuje i myśli przez cały czas, wewnątrz siebie. Poeta zarzuca Poezji, że niesie piękno, lecz sama ową pięknością nie jest; głosi o istnieniu światła, a sama jego nigdy nie widziała. Porównuje Ją do niewiasty, która na zawsze naznaczona jest swoją ziemskością, lecz chwilami przybiera postać anioła – jest to jednak postać fałszywa, bo aniołem tak naprawdę nigdy nie będzie. Na końcu poeta wyraża pochwałę stanu, w którym Poezja autentycznie napełnia serce człowieka i prowadzi go ku dobremu, mieszka w nim jak Bóg (nikt Go nie widział ani nie słyszał, lecz ci, którzy wierzą w Jego istnienie, oddają Mu cześć i hołd). Potępia natomiast fakt, iż wielu twórców pisze tylko po to, by dostarczać sobie i innym ludziom przyjemności z tego tytułu, a nie podejmuje się wszczepienia w swą poezję żadnej szlachetnej idei prowadzącej do „podniesienia życia”.
b) część dramatyczna – akcja właściwa, dialogi:
Nad światem przelatuje Anioł Stróż, który błogosławi wszystkim tym, którym pozostało jeszcze serce, bo tylko tacy zostaną zbawieni (wg J. Kleinera Krasiński „umyślnie może w początkowej wypowiedzi dramatu nacisk położył na wyraz ‘serce’, bo ‘Nie-Boska komedia’ będzie poematem o braku serca”). Nad pewnym domem wypowiada rozkazanie, jakoby obok mężczyzny w nim mieszkającego miała pojawić się „dobra i skromna” żona oraz dziecko.
Pojawia się Chór Złych Duchów, którzy nakazuje widmom nawiedzić ten sam dom – przewodniczyć ma im cień nałożnicy ubranej w kwiaty i przypominającą dziewicę – natchnienie każdego poety oraz starego orła zdjętego z palu – pod postacią sławy. Złe Duchy mają zamiar zesłać na poetę wszystkie najgorsze pokusy.
Wewnątrz kościoła odbywa się ślub, a ponad nim „kołysze się” Anioł Stróż, który przepowiada, iż w przypadku, gdy Mąż dochowa przysięgi małżeńskiej, wówczas zostanie zbawiony, on sam po ceremonii zaślub mówi do żony: „przeklęstwo mojej głowie, jeśli ją kiedy kochać przestanę” (wg Kleinera romantycy motyw ciążącej nad człowiekiem klątwy czerpali z idei fatum w starożytności). Potem akcja przenosi do komnaty pełnej osób, w której to odbywa się przyjęcie – małżonkowie zapewniają siebie nawzajem o wielkim uczuciu.
W nocy Zły Duch pod postacią dziewicy (której to „czarty każą świętą udawać”) przechadza się po ogrodzie, po cmentarzu i zachodzi do sypialni nowożeńców, przenika przez umysł śpiącego Męża i pojawia się w jego śnie. Ten, zbudzony, spogląda na swą żonę i szybko przekonuje się, że popełnił błąd, biorąc z nią ślub; że jest tylko dobra, zaś „tamta” była wszystkim, co kochał i o czym marzył. Kiedy spostrzega, że to nie był tylko sen i ową niewiastę widzi również na jawie, wyrzuca sobie, że wyrzekł się „kochanki lat młodych”, „duszy swej duszy” (Poezji), a pojął za żonę inną kobietę, której nie miłuje wcale. Żona jego budzi się i pyta, co się wydarzyło, na co mężczyzna odpowiada jej, iż musi zaczerpnąć świeżego powietrza, ale sam, bez niej.
Mąż przechadza się po ogrodzie i cieszy się tym, że znów ma przy sobie swoją lubą. Prosi, by ta zabrała go ze sobą, gdziekolwiek przebywa. Dziewica pyta mu się, czy na pewno pójdzie za nią wszędzie i o każdej porze. Otrzymuje potwierdzenie. Po chwili słychać nawoływanie Żony, aby jej ślubny powrócił do domu, albowiem na dworze jest zimno.
Mija jakiś czas. Małżonkowie rozmawiają. Żona wyrzuca Mężowi, że od miesiąca się do niej nie odzywa; mówi, iż poszła do spowiedzi, lecz nie była sobie w stanie przypomnieć żadnych rażących grzechów, na co Mąż odpowiada jej dwuznacznie: „Czuję, że powinienem cię kochać”. Ona nie rozumie tych słów, woli, żeby powiedział jej, że nie kocha jej wcale i ją zostawił, aniżeli okazywał obojętność. Prosi jedynie o miłość dla ich dziecka, aby jej ją obiecał. Mąż obiecuje miłość i dziecku, i jej samej. W tym czasie pojawia się znów duch Dziewicy, która wzywa Męża. Żona od razu wyczuwa od niej „siarkę i zaduch grobowy”, ale Mąż nie dość, że tego nie słucha, to na dodatek odchodzi za swoją kochanką. Postanawia opuścić swój dom i rodzinę całą. Żona woła za nim: „Henryku! Henryku!”, po czym upada na ziemię z dzieckiem, mdlejąc.
Odbywa się chrzest dziecka. Goście zastanawiają się, gdzie jest jego ojciec. Żona podchodzi do małego Orcia i błogosławi mu, aby stał się poetą, gdyż tylko dzięki temu ojciec go w przyszłości nie porzuci i nie wyrzeknie się go; wówczas również wybaczy jej samej to, że ona sama nie była i nie będzie nigdy przesiąknięta poezją.
Mąż podąża za Głosem Dziewicy, mija „góry i przepaście ponad morzem”. Po drugiej stronie przepaści stoi owa Dziewica, która nakazuje mu uwiązać się jej dłoni i wzlecieć. W tym też momencie czar pryska i przed Mężem pojawia się obskurna postać nałożnicy – taka, jaką ją widziała Żona (kwiaty odpadły na ziemię i zaczęły czołgać się jak żmije; wiatr zdarł piękną suknię; „deszcz kapie z włosów”, „kości nagie wyzierają z łona”, „błyskawica źrenice wyżarła”). Chór Duchów Złych pozwala wrócić niewieście do piekła po tym, jak uwiodła „serce wielkie i dumne”. Wtedy dopiero Mąż zwraca się do Boga; pyta się Go, czy zostanie potępiony za swą naiwność i srogie czyny, jakich się dopuścił. Złe Duchy urządzają sobie igraszkę z jego losu, wobec czego Mąż chce się rzucić w przepaść. Pojawia się jednak Anioł Stróż, który nakazuje mu wracać do domu i więcej nie grzeszyć.
Kiedy Mąż wraca do domu, nie zastaje swej żony Marii. Od służącego dowiaduje się, iż trafiła ona do domu wariatów. Postanawia ją w nim odwiedzić. Tam dowiaduje się od Żony Doktora, że stan chorej jest bardzo poważny. Podczas rozmowy z Marią Henryk przekonuje się, że postradała ona wszystkie zmysły, albowiem ta wmawia mu, iż wielokrotnie prosiła Boga o to, by zamienił ją w poetkę, aż w końcu wysłuchał jej próśb, więc odtąd Mąż nie musi nią pogardzać. Ponadto mówi, że i Orcio zostanie poetą, ponieważ przy chrzcie dodała przekleństwo nad jego imieniem, że jeśli nim nie będzie, to odda go na stracenie. Odzywają się głosy szaleńców: spod posadzki, z lewej strony, z prawej ściany, z sufitu, które wyrażają własne wizje końca świata (w stylu Apokalipsy św. Jana – np. „słońce trzecią część blasku straciło – gwiazdy zaczynają się po drogach swoich – niestety”). Taką wizję roztacza również Żona: nadejdzie czas, kiedy wszyscy zaczną jednakowo konać, a Chrystus już wówczas nie pomoże, gdyż krzyż swój rzuci w otchłań; jedyną nadzieją dla ludu jest modląca się Matka Boża. Na końcu Żona umiera z wyczerpania.
Część druga:
a) część epicka – apostrofa do Orcia, dziecka Marii i Henryka:
Poeta zadaje pytania retoryczne młodemu dziecięciu, które swoim zachowaniem nie przypomina swych rówieśników – nie bawi się, tylko wciąż pozostaje smutne, marzące i bujające w obłokach: „wzrastasz i piękniejesz – nie ową świeżością dzieciństwa mleczną i poziomkową, ale pięknością dziwnych, niepojętych myśli, które chyba z innego świata płyną ku tobie”.
b) dramat właściwy:
Mąż wraz z Orciem modlą się przy grobie Marii (wątek autobiograficzny: Krasiński również chadzał ze swym ojcem na grób matki). Orcio wypowiada słowa modlitwy „Zdrowaś Mario” – lecz nie w ten sposób, jaki nakazuje wyuczona formułka – chłopiec sam wymyśla do niej słowa. Mąż gani go za to. Orcio odpowiada, że w śnie często widuje matkę, która przepowiada mu, że zbiera dla niego „myśli i natchnienie”, żeby upodobnił się do ojca. Mąż pyta się Marii, dlaczego nęka ich syna z zaświatów. Mówi, że od dziesięciu lat (a więc tyle czasu minęło od śmierci Marii) nie może zaznać chwili spokoju.
Mąż spaceruje z Filozofem. Rozmawiają na temat wyzwolenia kobiet i Murzynów, o tym, że właśnie nadchodzi czas owego wyzwolenia. Filozof jest przedstawicielem stronnictwa ludzi wierzących w postęp i „odrodzenie ludzkości”, lecz tylko na drodze rewolucji okupionej krwią. Mąż pyta się, czy jego towarzysz widzi drzewo spróchniałe na drodze – świadczy to o jego niewierze w żadne dobro, Mąż nie wierzy już bowiem w nic, wszystko zdaje się mu bezużyteczne i bezsensowne. Nawet jego własne życie.
Mąż znajduje się w wąwozie pomiędzy górami, jest sam. Wygłasza monolog, w którym przyznaje się przed sobą, że nie ma w nim już żadnej wiary, miłości, a jedynie strach o obłąkanie i nieuchronną całkowitą ślepotę Orcia. Otaczają go: Głos Anioła Stróża oraz Mefisto, pojawia się również Orzeł i żmija.
W pokoju znajduje się Mąż, Lekarz oraz 14-letni już Orcio. Lekarz zapowiada, że dziecko ma postępującą ślepotę, aż w końcu jego oczy przestaną już widzieć całkowicie (wątek autobiograficzny: Krasiński także miał z nimi problemy). Mąż pyta wielokrotnie Lekarza, czy nie da się nic zrobić w tej sprawie, że odda pół swego majątku, byle uzdrowić chłopaka. Medyk odpowiada, iż jest to zaćma i nie da się jej uleczyć. Mąż pyta więc Orcia, czy ten jeszcze cokolwiek widzi. 14-latek mówi, że teraz widzi już oczami duszy i słyszy głosy – to mu wystarcza. Tymczasem Głos Skądsiś mówi do Męża: „Twój syn poetą – czegóż żądasz więcej?”.
Którejś nocy Mąż przybiega do Lekarza i z przerażeniem informuje go, że od kilku dni Orcio budzi się o północy i mówi przez sen. Tej nocy chłopak rozmawia ze swoją matką oraz rzecze: „jam się urodził synem światła i pieśni”. Orcio budzi się i w ogóle nie jest w stanie sobie przypomnieć, co się z nim przed chwilą działo, ale że tak, jak jest, to jest dobrze, po czym zasypia na nowo.
Po tym wydarzeniu Mąż wygłasza mowę, skierowaną do pogrążonego już w głębokim śnie syna: „Niech moje błogosławieństwo spoczywa na tobie – nic ci więcej dać nie mogę, ni szczęściá, ni światła, ni sławy – a dobija godzina, w której będę musiał walczyć, działać z kilkoma ludźmi przeciwko wielu ludziom. Gdzie się ty podziejesz, sam jeden i wśród stu przepaści, ślepy, bezsilny, dziecię i poeto zarazem, biedny śpiewaku bez słuchaczy, żyjący duszą za obrębami ziemi, a ciałem przykuty do ziemi – o ty nieszczęśliwy, najnieszczęśliwszy z aniołów, o ty mój synu!”.
Część trzecia:
a) część epicka – apostrofa do Męża:
„Ktokolwiek jesteś, powiedz mi, w co wierzysz – łatwiej byś życia się pozbył, niż wiarę jaką wynalazł, wzbudził wiarę w sobie. Wstydźcie się, wstydźcie wszyscy mali i wielcy – a mimo was mimo żeście mierni i nędzni, bez serca i mózgu, świat dąży ku swoim celom, rwie za sobą, pędzi przed się, bawi się z wami, przerzuca, odrzuca – walcem świat się toczy, pary znikają i powstają, wnet zapadają, bo ślisko – bo krwi dużo – krew wszędzie – krwi dużo, powiadam wam”.
Poeta pyta anonimowego odbiorcę, czy widzi tłumy zalegające pod bramami miasta, które zbierają się w grupki, rozmawiają o czymś tajemniczym, rozbijają namioty, żyją jak jedna wielka wspólnota: „Kubek lata z rąk do rąk – a gdzie ust się dotknie, tam głos się wydobędzie, groźba, przysięga lub przeklęstwo – On lata, zawraca, krąży, tańcuje, zawsze pełny, brzęcząc, błyszcząc, wśród tysiąców. – Niechaj żyje kielich pijaństwa i pociechy!”.
Poeta pyta tego samego odbiorcę (a może wielu? – „czy widzicie…?”) o to, czy dostrzega, jak ludzie ci z wielką niecierpliwością czegoś wyczekują, pragną wzniecić jakiś hałas, zamieszki, szepczą coś sobie wzajemnie, „wszyscy nędzni, ze znojem na czole, z rozczuchranymi włosy, w łachmanach, z spiekłymi twarzami, z dłoniami pomarszczonymi od trudu – ci trzymają kosy, owi potrząsają młotami, heblami – patrz – ten wysoki trzyma topór spuszczony – a tamten stemplem żelaznym nad głową powija; dalej w bok pod wierzbą chłopię małe wisznię do ust kładzie, a długie szydło w prawej ręce ściska”. Wszyscy są głodni i biedni, noszą obdarte ubrania i na czole mają wyrytą chęć zemsty.
Nagle między tłumem tym zapanowuje jakiś „szum wielki”, pyta więc poeta o to, czy „to radość czy rozpacz?”, zadaje pytania retoryczne o to, jakie intencje drzemią w tychże ludziach. Spośród nich wychodzi bowiem jeden, staje na krześle i przemawia do wszystkich zebranych wokół niego: „Głos jego przeciągły, ostry, wyraźny – każde słowo rozeznasz, zrozumiesz- ruchy jego powolne, łatwe, wtórują słowom, jak muzyka pieśni – czoło wysokie, przestronne, włosa jednego na czaszce nie masz, wszystkie wypadły, strącone myślami – skóra przyschła do czaszki, do liców, żółtawo się wcina pomiędzy koście i muszkuły – a od skroni broda czarna wieńcem twarz opasuje – nigdy krwi, nigdy zmiennej barwy na licach – oczy niewzruszone, wlepione w słuchaczy – chwili jednej zwątpienia, pomieszania nie dojrzeć; a kiedy ramię wzniesie, wyciągnie. wytęży ponad nimi, schylają głowy, zda się, że wnet uklękną przed tym błogosławieństwem wielkiego rozumu – nie serca – precz z sercem, z przesądami, a niech żyje słowo pociechy i mordu!”.
Wódz ten przyrzeka zebranym, że zapewni im „chleb i zarobek”. Owym władcą tych dusz jest Pankracy. Ludzie krzyczą wokoło: „chleba nam, chleba, chleba!”, „Śmierć panom, śmierć kupcom – chleba; chleba!”, a także: „Niech żyje Pankracy!”.
b) część dramatyczna – akcja właściwa, dialogi:
Przechrzta siedzi w swoim szałasie (mianem tym pogardliwie zostają określeni Żydzi, którzy dopatrując się rozmaitych korzyści osobistych, zmienili swoją wiarę na chrześcijańską). Na jego stole leży księga. Mówi: „Bracia moi podli, bracia moi mściwi, bracia kochani, ssajmy karty Talmudu jako pierś mleczną, pierś żywotną, z której siła i miód płynie dla nas, dla nich gorycz i trucizna”. Chór Przechrztów odpowiada mu, iż jedynym ich Panem jest Jehowa, że nie ma dla nich innego Boga. Przechrzta zapewnia, że wspólnie pomścić i zniszczyć muszą krzyż, który patronuje chrześcijańskim panom arystokratom. Chór przepowiada im rychłą śmierć – za wszystkie dawne upokorzenia i konflikty, „po trzykroć przekleństwo im!”. Ich miny sugerują bardzo złowrogie nastawienie, są jakoby samoistną zapowiedzią przyszłego rozwoju najgorszych wypadków.
Przechrzta zapewnia, że w miejscu tym, gdzie obecnie panuje ogromne bezprawie, gdzie panowie bez skrupułów wykorzystują swych podwładnych, gdzie szerzy się „rzeź bez końca”, „wolność bez ładu”, dochodzi do zatargów oraz złości – że właśnie tutaj zostanie osadzona nowa potęga Izraela, nowe państwo narodu wybranego. Aby tego dokonać, należy bowiem wpierw „tylko tych panów kilku – tych kilku jeszcze zepchnąć w dół- trupy ich przysypać rozwalinami Krzyża”. Nakazuje po trzykroć splunąć na ziemię Chórowi, aby móc dokonać aktu zemsty, by ta w pełni się wykonała. Nakazuje więc chwilowo schować świętą księgę, ażeby nie była ona niemym świadkiem wypowiadania tych jakże znaczących słów.
Do szałasu wchodzi Leonard – jeden z przywódców rozszalałego, gotowego na wszystko tłumu. Wzywa Przechrztę, aby udał się wraz z nim, bo „ten, który myśli i czuje najpotężniej z nas wszystkich” wezwał go na rozmowę (tj. Pankracy). Chór przemawia słowa zemsty: „Powrozy i sztylety, kije i pałasze, rąk naszych dzieło, wyjdziecie na zatratę ím – oni panów zabiją po błoniach – rozwieszą po ogrodach i borach – a my ich potem zabijem, powiesim. – Pogardzeni wstaną w gniewie swoim, w chwałę Jehowy się ustroją; słowo Jego zbawienie, miłość Jego dla nas zniszczeniem dla wszystkich. – Pluńmy po trzykroć na zgubę im, po trzykroć przeklęstwo im!”.
Pankracy pyta Przechrztę, czy ten zna przypadkiem hrabiego Henryka, ponieważ chciałby, aby się do niego udał i przyprowadził przed jego oblicze na ważną rozmowę, która ma się odbyć pojutrze w nocy, zupełnie potajemnie. Przechrzta pyta, ilu dostanie w tym celu ludzi do pomocy, na co otrzymuje natychmiastową odpowiedź, iż udać ma się tylko i wyłącznie sam, gdyż jego strażą ma być imię Pankracego, zaś jego plecami „szubienica, na której powiesiliście Barona zawczoraj”. A jeśli Henryk go zamknie w więzieniu albo zabije, wówczas Przechrzta zostanie męczennikiem za Wolność Ludu.
Leonard dziwi się Pankracemu, że ten chce rozmawiać z wrogiem, podczas gdy wokoło szaleje dziki tłum, który domaga się natychmiastowej zemsty, przelewu krwi i nastania zupełnie nowych rządów – rządów należących do prostych ludzi, nie zaś do arystokracji, jak też było do tej pory. Wychodzi również na jaw, iż panowie ukrywają się w okopach Świętej Trójcy i oczekują na przybycie rewolucjonistów „jak noża gilotyny”. Przez Pankracego przemawia pycha, albowiem jest pewien zwycięstwa swoich zwolenników, arystokratom zwiastuje zatem rychłą klęskę: „Wszystko jedno – oni stracili siły ciała w rozkoszach, siły rozumu w próżniactwie – jutro czy pojutrze legnąć muszą”. Leonard pyta więc, co jest powodem wstrzymania się od ostatecznego ataku, na co Pankracy odpowiada krótko, że jego własna, niczym nie przymuszona wola, od której przecież nie powinno być żadnego odwołania. Leonard zarzuca mu zdradę, przestaje wierzyć w jego szczere intencje, ażeby doprowadzić lud do zwycięstwa, później jednak opamiętuje się, lecz mówi: „Uniosłem się, przyznaję – ale nie boję się kary. – Jeśli śmierć moja za przykład służyć może, sprawie naszej hartu i powagi dodać, rozkaż”. Widząc ten gorliwość, główny przywódca nie chce mu zrobić krzywdy, albowiem dostrzega w swym rozmówcy rzeczywistego bojownika o wolność i sprawiedliwość, pragnie więc pozostawić go zupełnie nietkniętym. Godzą się i zaczynają rozmowę na temat wszelkich przygotowań do ostatecznej walki: „Czy posłałeś do magazynu po dwa tysiące ładunków?”, „A składka szewców oddana do kasy naszej?”. Po chwili temat ten schodzi na hrabiego Henryka, o którego ponownie dopytuje się Pankracy. Leonard odpowiada, iż nie obchodzi go los panów, zatem również i los Henryka, który należy do warstwy obecnie rządzących. Pankracy przyznaje, że interesuje go ta postać, ponieważ – tak jak i on sam – jest wodzem, tyle że obozu wrogów. Z tego tytułu pragnie się z nim spotkać osobiście, spojrzeć w oczy i próbować namówić na przejście na ich stronę, zrzeczenie się swoich przekonań, swego szlachectwa. Pankracy dostrzega w Henryku nie tylko „zabitego arystokratę”, ale również poetę. Leonard przy odejściu pyta raz jeszcze, czy jego pochopne podejrzenie zostaje mu wybaczone, na co wódz rzecze mu: „Zaśnij spokojnie – gdybym ci nie przebaczył, już byś zasnął na wieki”. Zastrzega sobie jednak, że ma się on wybrać wraz z nim na potajemne spotkanie z Henrykiem. Oboje rozstają się.
Pankracy zostaje sam. Myśli o równorzędnym sobie wodzu. Czuje, że to nie jest zwyczajny wróg, którego mógłby po prostu pokonać. Zanim to uczyni, chciałby go wpierw przekonać do swoich racji i w miarę, gdyby przystał na takie rozwiązanie, darowałby mu dawne winy. Z tego też względu wygłasza monolog: „Dlaczegóż mnie, wodzowi tysiąców, ten jeden człowiek na zawadzie stoi? – Siły jego małe w porównaniu z moimi- kilkaset chłopów, ślepo wierzących jego słowu, przywiązanych miłością swojskich zwierząt… To nędza, to zero. – Czemuż tak pragnę go widzieć. omamić? – Czyż duch mój napotkał równego sobie i na chwilę się zatrzymał? – Ostatnia to zapora dla mnie na tych równinach – trza ją obalić, a potem… Myśli moja, czyż nie zdołasz łudzić siebie jako drugich łudzisz – wstydź się, przecię ty znasz swój cel; ty jesteś myślą – panią ludu – w tobie zeszła się wola i potęga wszystkich – i co zbrodnią dla innych, to chwałą dla ciebie. – Ludziom podłym, nieznanym nadałaś imiona – ludziom bez czucia wiarę nadałaś – świat na podobieństwo swoje – świat nowy utworzyłaś naokoło siebie – a sama błąkasz się i nie wiesz, czym jesteś. – Nie, nie, nie – ty jesteś wielką!”. Po tych słowach siada na krześle i rozpoczyna dalsze rozmyślania.
Następuje zmiana miejsca akcji. Mąż przebrany w czarny płaszcz idzie w towarzystwie Przechrzty. Przemierza bór, w którym znajduje się kilka szałasów, namiotów, jest tam także łąka, szubienica, ludzie rozpalają ogniska i skupiają się wokół nich. Mąż, idąc, obserwuje wszystko to, co się w tym miejscu dzieje. Henryk nakazuje Przechrzcie, żeby nie dawał po sobie poznać, że prowadzi wroga, obcego człowieka – ma z nim rozmawiać jak z dawnym znajomym, a przy okazji odpowiadać na wszystkie zadane przez niego pytania, ponieważ w przeciwnym razie zabije go, gdyż w gruncie rzeczy nie dba o jego życie wcale. Pierwszą rzeczą, która zwraca jego szczególną uwagę, jest tajemniczy taniec. Przechrzta odpowiada, iż jest to „taniec wolnych ludzi”. Taniec ten wygląda w ten sposób, iż kobiety i mężczyźni szaleją wokół szubienicy, śpiewają przy tym złe, szatańskie pieśni: „Chleba, zarobku, drzewa na opał w zimie, odpoczynku w lecie! – Hura – hura ! Bóg nad nami nie miał litości – hura – hura! Królowie nad nami nie mieli litości – hura – hura! Panowie nad nami nie mieli litości – hura! My dziś Bogu, królom i panom za służbę podziękujem – hura – hura!”.
Mąż zwraca się do pewnej Dziewczyny, iż raduje go widok takiej wesołej, rumianej niewiasty. Na to ona reaguje tymi oto słowami: „A dyć tośmy długo na taki dzień czekały. – Juści, ja myłam talerze, widelce szurowała ścierką, dobrego słowa nie słyszała nigdy – a dyć czas, czas, bym jadła sama – tańcowała sama – hura!”. Mąż odpowiada jedynie: „Tańcuj, Obywatelko”.
Pod dębem siedzi kilkoro lokajów, którzy nawzajem chwalą się, że dopiero co zabili swoich panów. Cieszą się także, że dopiero podczas morderczej pracy u ludzi z wyższych sfer, pucując ich buty, ścinając im włosy, w pocie czoła to czyniąc – dopiero wówczas poznali swe rzeczywiste prawa i postanowili je wyegzekwować, bez tego wyzysku nie mieliby pewnie o tych prawach najprawdopodobniej bladego pojęcia.
W dalszej kolejności Mąż natrafia na Chór Rzeźników, który wykrzykuje: „Obuch i nóż to broń nasza – szlachtuz to życie nasze.- Nam jedno czy bydło, czy panów rznąć. Dzieci siły i krwi, obojętnie patrzym na drugich, słabszych i bielszych – kto nas powoła, ten nas ma – dla panów woły, dla ludu panów bić będziem. Obuch i nóż broń nasza – szlachtuz życie nasze – szlachtuz – szlachtuz – szlachtuz”.
Kiedy Mąż wita się z pewną kobietą per „pani”, Przechrzta zwraca mu uwagę, by używał raczej innych słów, tj. „obywatelka” albo „wolna kobieta”. Na to Kobieta odpowiada mu: „Jestem swobodną jako ty, niewiastą wolną, a towarzystwu za to, że mi prawa przyznało, rozdaję miłość moją (…) Nie, te drobnostki zdarłam przed wyzwoleniem moim – z męża mego, wroga mego, wroga wolności, który mnie trzymał na uwięzi”. Henryk jest zatem świadkiem zepsucia moralnego, totalnego wyniszczenia zasad nawet u tak czystych istot, jakimi powinny być kobiety.
Kolejną postacią, która przewija się w obozie i którą dostrzega Mąż, jest Bianchetti – „dziwny żołnierz – oparty na szabli obosiecznej, z główką trupią na czapce, z drugą na felcechu, ż trzecią na piersiach”, „sławny Bianchetti, taki dziś kondotier ludów, jako dawniej bywali kondotiery książąt i rządów”. Mąż pyta mu się, nad czym się tak zadumał. Bianchetti wskazuje na „lukę między jaworami”, gdzie dojrzeć można osadzony na górze zamek, a wokół niego „mury, okopy i cztery bastiony” i poczyna zdradzać, jak ma zamiar zdobyć ów zamek, ale powstrzymuje go przed tym Przechrzta.
Mąż jest świadkiem dalszych obrazów ogromnej nędzy, rządzy zemsty, rozpusty i zepsucia obyczajów. Nie ma podziałów na ludzi czystych, niewinnych i na tych złych, wszyscy wydają się być równi w swym opętaniu i szaleństwie, nawet dzieci i kobiety śpiewają szatańskie pieśni, domagają się przemocy i przelewu krwi. Szczególnie agresywnie wypowiada się Chór Chłopów, który w zastraszającym tempie zbliża się do obozu rewolucjonistów: „Naprzód, naprzód, pod namioty, do braci naszych – naprzód, naprzód, pod cień jaworów, na sen, na miłą wieczorną gawędkę – tam dziewki nas czekają – tam woły pobite, dawne pługów zaprzęgi, czekają nas. (…)Wróć mi wszystkie dni pańszczyzny. (…)Wskrzesz mi syna, Panie, spod batogów kozackich. (…)Upiór ssał krew i poty nasze – mamy upiora – nie puścim upiora – przez biesa. przez biesa, ty zginiesz wysoko, jako pan, jako wielki pan, wzniesion nad nami wszystkimi. – Panom tyranom śmierć – nam biednym, nam głodnym. Nam strudzonym jeść, spać i pić. – Jako snopy na polu, tak ich trupy będą – jako plewy w młockarniach, tak perzyny ich zamków – przez kosy nasze, siekiery i cepy, bracia, naprzód!”.
Mąż zwraca się do Przechrzty: „Wasze pieśni, ludzie nowi, gorzko brzmią w moich uszach – czarne postacie z tyłu, z przodu, po bokach się cisną, a pędzone wiatrem blaski i cienie przechadzają się po tłumie jak żyjące duchy”. Po drodze widzi i słyszy jeszcze Chór Zabójców, Chór Filozofów(„My ród ludzki dźwignęli z dzieciństwa . My prawdę z łona ciemności wyrwali na jaśnią. – Ty za nią walcz, morduj i giń”), Chór Artystów („Na ruinach gotyckich świątynię zbudujem tu nową – obrazów w niej ni posągów nie ma – sklepienie w długie puginały, filary w osiem głów ludzkich, a szczyt każdego filara jako włosy, z których się krew sączy – ołtarz jeden biały – znak jeden na nim – czapka wolności – hurracha!”) oraz Chór Duchów („Strzegliśmy ołtarzy i pomników świętych – odgłos dzwonów na skrzydłach nosiliśmy wiernym – w dźwiękach organów były głosy nasze – w połyskach szyb katedry, w cieniach jej filarów, w blaskach pucharu świętego, w błogosławieństwie Ciała Pańskiego było życie nasze. Teraz gdzie się podziejemy?”).
Mąż porównuje tę chwilę niepewności, w której oczekuje na nieznanego sobie zupełnie człowieka, do momentu, w którym Brutusowi-zdrajcy ukazał się niegdyś duch Cezara: „Za chwilę stanie przede mną człowiek bez imienia, bez przodków, bez anioła stróża.- co wydobył się z nicości i zacznie może nową epokę, jeśli go w tył nie odrzucę nazad, nie strącę do nicości. Ojcowie moi, natchnijcie mnie tym, co was panami świata uczyniło – wszystkie lwie serca wasze dajcie mi do piersi- powaga skroni waszych niechaj się zleje na czoło moje.- Wiara w Chrystusa i Kościół Jego, ślepa, nieubłagana, wrząca, natchnienie dzieł waszych na ziemi, nadzieja chwały nieśmiertelnej w niebie, niechaj zstąpi na mnie, a wrogów będę mordował i palił, ja, syn stu pokoleń, ostatni dziedzic waszych myśli i dzielności, waszych cnót i błędów”. Nadchodzi godzina dwunasta, wówczas Henryk zapowiada, iż jest już gotowy do odbycia konfrontacji z drugim wodzem.
Dochodzi do spotkania Pankracego z Henrykiem. Ten pierwszy wyśmiewa się z wiary Męża, mówi, że jego własna jest lepsza i silniejsza. Arystokrata zapewnia, że nie wyrzeknie się wiary jego ojców, którzy przekazali mu „w spadku” panowanie i władzę nad ludem, że wszystko, co czyni, czyni w imieniu Boga, w którego wierzy. Pankracy próbuje przekonać Henryka i zmusić do przejścia na swoją stronę. Nie udaje mu się to, ponosi w tym druzgocącą klęskę. Co więcej – Henryk broni swej klasy, lecz raczej nie tego, jak ona wygląda w tej chwili, ale tego, jak wyglądać powinna, a więc szlachetnej arystokracji, której powierzone zostało opiekowanie się ludem, gdyż tylko taki porządek rzeczy może zagwarantować stałość i zgodę na świecie. Oboje rozstają się, każdy w swoim kierunku, każdy coraz bardziej zdeterminowany do walki.
Część czwarta:
a) opis:
Następuje tutaj „odautorski” opis okopów zamku Świętej Trójcy, gdzie też gromadzi się obóz arystokracji, której przewodzi Henryk: „Od baszt Świętej Trójcy do wszystkich szczytów skał, po prawej, po lewej, z tyłu i na przodzie leży mgła śnieżysta, blada, niewzruszona, milcząca, mara oceanu , który niegdyś miał brzegi swoje, gdzie te wierzchołki czarne, ostre, szarpane, i głębokości swoje, gdzie dolina, której nie widać, i słońce, które jeszcze się nie wydobyło. Na wyspie granitowej, nagiej, stoją wieże zamku, wbite w skałę pracą dawnych ludzi i zrosłe ze skałą jak pierś ludzka z grzbietem u centaura . – Ponad nimi sztandar się wznosi, najwyższy i sam jeden wśród szarych błękitów”.
b) dramat właściwy:
Arcybiskup oficjalnie mianuje Henryka przodownikiem, wodzem obozu arystokratów, powierza mu misję obrony przed obcą religią, aby zachował ciągłość tradycji chrześcijańskiej w swoim narodzie. Obarcza go więc odpowiedzialnością za cały lud. Wszyscy popierają Henryka i przysięgają mu wierność oraz posłuszeństwo do samego końca trwania walk (początkowo proponują mu pertraktacje z drugim obozem, lecz Mąż grozi im za to śmiercią na miejscu).
Mąż pyta, gdzie jest jego syn. Jakub odpowiada, iż zamknął się w celi w wieży północnej i że śpiewa tam prorockie pieśni. Orcio przepowiada ojcu rychłą klęskę jego wojska, albowiem słyszy jęki i widzi oczyma wyobraźni rozlewy krwi. Mężowi wydaje się, że jego syn oszalał i że to tylko omamy, nie wierzy w jego proroctwa, boi się tego słuchać. Odzywają się rozmaite głosy, które wieszczą tragiczny koniec Henrykowi: „Za to, żeś nic nie kochał, nic nie czcił prócz siebie, prócz siebie i myśli twych, potępion jesteś – potępion na wieki” – ten zaś nie widzi nikogo, ale głosy te wciąż odbijają się w jego uszach, co potęguje jego zdezorientowanie. Orcio mówi ojcu, że widział właśnie matkę, która kazała mu coś powiedzieć, lecz w tej chwili mdleje i nie zdąża dokończyć słowa. Mąż przeklina Marię, iż znowu nachodzi ich dziecko.
Klęska obozu arystokratów jest nieunikniona, Henryk chce jednak umrzeć z godnością, wraz ze wszystkimi. Co więcej – zaczyna wytykać rozmaite błędy ludziom z własnej klasy, np.: „A ty, czemu przepędziłeś wiek młody na kartach i podróżach daleko od Ojczyzny?” lub „A ty, czemu uciskałeś poddanych?”. Na te słowa poddani chcą go wydać Pankracemu, lecz Mąż przypomina, że mimo wszystko jest jednym z nich i że wiele wspólnie razem zrobili do tej pory, np.: „Z wami rozbiłem się na skałach Dunaju – Hieronimie, Krzysztofie, byliście ze mną na Czarnym Morzu”, po czym pyta: „Wyście uciekli do mnie od złego pana. – A teraz mówcie – pójdziecie za mną czy zostawicie mnie samego, ze śmiechem na ustach, żem wpośród tylu ludzi jednego człowieka nie znalazł?”.
Mąż prosi Boga o odwagę. W pewnym momencie słychać przeraźliwy strzał – okazuje się, że od strzału tego padł trafiony kulą sam Orcio. Na widok ten Henryk postanawia rzucić się w przepaść, lecz zanim to czyni, wypowiada znaczące słowa: „Poezjo, bądź mi przeklęta, jako ja sam będę na wieki! – Ramiona, idźcie i przerzynajcie te wały!”. Nadchodzi Pankracy i Leonard, ten pierwszy na wiadomość o samobójstwie Henryka, mówi do arystokratów: „on jeden spośród was dotrzymał słowa. – Za to chwała jemu, gilotyna wam”. Oboje dostrzegają bardzo jasne, przeszywające wzrok promienie słońca. Pankracy dostrzega w tych promieniach samego Chrystusa: „Jak słup śnieżnej jasności stoi ponad przepaściami – oburącz wsparty na krzyżu, jak na szabli mściciel. – Ze splecionych piorunów korona cierniowa”. Prosi o odrobinę ciemności, po czym krzyczy: „Galilaee vicisti!” („Galilejczyku, zwyciężyłeś”). Po tych słowach, w objęciach Leonarda, Pankracy umiera.
Opracowanie: Marta Akuszewska Bibliografia: Zygmunt Krasiński “Nie Boska Komedia”, oprc. J. Kleiner, wyd. 7, Wrocław 1962
http://lektury.crib.pl/book/export/html/48907
http://gazetawarszawska.eu/2013/12/30/nie-boska-komedia-oswiecim-27-stycznia-2014/
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2017.02.03 18:01 SoleWanderer Francja nauczyła was bezczelności. Jak uczyć w arabskim getcie

Mój uczeń: - Ja spadam z Francji. Jadę do Algierii. Ja: - OK, byle szybko. Na koniec roku cała klasa mocnym głosem śpiewa ze mną "Marsyliankę". Już się nie wstydzą. Nie zdradzę od razu, kim jestem.
Powiem tylko, że mam paskudny charakter. I siedmiu starszych braci: trzech jest bardzo religijnych, dwóch głosuje na Front Narodowy, jeden jest świadkiem Jehowy. Od 12 lat uczę historii i geografii w gimnazjum na południu Francji. Często myślę, że gdybym miała dzieci, to byłyby w wieku moich uczniów, ale jestem bezpłodna. Próbowałam in vitro pięć razy. Może dlatego angażuję się w życie uczniów, często im doradzam. Czasem to ze mną idą po raz pierwszy do muzeum, do kina. Sami by się bali. Ich rodzice nie mają takiego zwyczaju, a oni śmiałości, by zrobić coś nowego. Czekam więc na nich obok stacji metra i odprowadzam pod drzwi teatru, nawet w niedziele wieczorem. Lubię zadziornych uczniów, którzy zadają dużo pytań. Mathilde, Mohammed, Zyad – nazywam ich „bébés d’amour”, moimi skarbeczkami.
W toalecie szkolnej ktoś napisał na drzwiach, że fajna ze mnie nauczycielka. Na drzwiach kibla, gdzie zwykle rysuje się penisy! To był dla mnie największy komplement.
Jestem surowa, ale jeszcze nigdy nie wyrzuciłam ucznia z klasy. To norma wśród francuskich nauczycieli, którzy wolą pozbyć się problemu, niż się z nim zmierzyć. We francuskiej szkole o pewnych rzeczach nie należy rozmawiać. A ja z dzieciakami ciągle gadam. Chcę, by mogli z siebie wszystko wyrzucić. Przynosi im to ulgę.
Jak stawiam ucznia do kąta, zawsze pytam, czy rozumie, dlaczego to robię.
– Myślisz, że jak mnie nie posłuchasz, to cię uderzę?
– Nie może pani.
– Masz rację. To dlaczego mnie słuchasz?
– Bo tak trzeba.
– A jak kazałabym ci ucałować moje stopy, to zrobiłbyś to?
– Nie!
Klasa chichocze.
– Władza działa w dwie strony – tłumaczę im. – Ja wydaję polecenia, ale to wy je akceptujecie. To wasz wybór, że na moich lekcjach jesteście grzeczni. Jeśli gdzie indziej używacie przemocy albo wyzywacie nauczycieli, to też jest wasz wybór. Nie jesteście ofiarami.
Imigranci we Francji głosują na Front Narodowy
Lekcja 1. Gęba – Ja stąd spadam. Jadę do Algierii – powiedział ostatnio jeden z moich uczniów. To łobuz, ale bardzo go lubię.
– OK, byle szybko – odpowiedziałam prowokacyjnie.
– Najpierw zbiorę pieniądze, a potem wyjadę, inszallah (po arabsku: „jeśli taka będzie wola Boga”).
– Powiedz mi: bezczelność zawdzięczasz Francji czy Algierii? – Patrzy na mnie spode łba, nie rozumie. – Co by się stało, gdybyś w ten sposób rozmawiał z nauczycielem w Algierii?
Uczeń milczy, więc jego kolega podpowiada: „Dostałbyś po twarzy, stary!”.
– Właśnie. Twoja niewyparzona gęba jest gębą Francuza, mój drogi. Jesteś bezczelny, bo pozwala ci na to wolność słowa. Może nie czujesz się Francuzem, ale jesteś nim.
Moi uczniowie ciągle powtarzają: „nienawidzę Francji, nienawidzę Francuzów”. Mam wrażenie, że po rozmowach ze mną czują ulgę. To bardzo trudne nie wiedzieć, kim się jest. – Mówiąc, że Francja to nie jest wasz kraj, robicie przysługę rasistom – tłumaczę. – Francja to JEST wasz kraj. Nie przyjechaliście tutaj z wiosek w Algierii. Rodzice większości z was urodzili się we Francji, do której wasi dziadkowie emigrowali w latach 70.
Cały dzień słyszę na przerwach: „bled”, „bled”, „bled” (z arabskiego „kraj pochodzenia”, a także miasteczko lub wieś, z której wywodzi się rodzina). Nie umieją powiedzieć jednego zdania po francusku, nie wtrącając arabskich słów. W zeszytach nieustannie rysują flagi Maroka i Algierii. Winię za to ich rodziców, którzy robią z nich imigrantów. Co roku zabierają ich na wakacje do Algierii czy Maroka i mówią: „To jest twój kraj”. Tworzą konflikt lojalności, dziecko musi zająć stanowisko: Francja czy kraj rodziców. „Bled” stał się dla nich mityczny. Kiedyś musiałam tłumaczyć uczennicy, że w zimie w Algierii jest chłodno. Bo dla niej Algieria oznacza wakacje, nikt nie pracuje, jest luz. Nie bierze pod uwagę, że rodzice mogą sobie pozwolić na wiele tygodni wolnego, bo zarabiają w euro. Dzieciaki myślą, że to tam toczy się prawdziwe życie. A to we Francji jest tymczasowe.
Narzekają, że Francuzi są wobec nich rasistowscy. Pytam wtedy, co myślą o Romach. Odpowiadają, że to brudasy, że żebrzą z dziećmi na ulicach, są obrzydliwi. – To samo niektórzy Francuzi myślą o was. Nawet wasz rasizm świadczy o tym, że wspaniale się integrujecie. Jesteście prawdziwymi Francuzami, brawo! – to terapia szokowa, ale działa. Zaczynają myśleć.
Czy to, co mówię, oznacza, że nie lubię Arabów? Ostatnio zarzucili mi to członkowie partii komunistycznej.
Apartheid a la française. Rozmowa z Thomasem Guénolé
Lekcja 2. Edukacja priorytetowa Jesienią kilkunastu uczniów w kominiarkach zaatakowało liceum w Trembley-en-France, na przedmieściach Paryża. Rzucili dwa koktajle Mołotowa w budynek szkoły, ranili dyrektorkę. W całym kraju trwała dyskusja. „To wina ich złego wychowania, islamu, pobłażliwego systemu edukacji” – mówili konserwatyści. Lewicowcy bronili: „Są wściekli, bo są biedni. Odgrywają się na społeczeństwie i szkole, przez którą są źle traktowani”.
Bzdura! Przemoc to jest ich wybór. Podkreślając ich „inność”, że źli i biedni, wykluczamy ich ze społeczeństwa. A kto traci najwięcej? Ich koledzy ze szkoły, równie biedni jak oni, którzy nie mieli lekcji, bo szkoła w Trembley została na tydzień zamknięta.
Francuska szkoła od co najmniej 20 lat pogrąża się w chaosie. W 1981 roku stworzono kategorię ZEP – Zone d’éducation prioritaire (strefa edukacji priorytetowej). Zerwano wtedy z zasadą równości dzieci. Dyrektorzy szkół ze słabymi wynikami dostali dofinansowanie, nauczyciele – więcej pieniędzy. Programy szkolne dostosowano do najgorszych uczniów. By wyrównać różnice społeczne, postanowiono uczyć mniej. W podstawówce uczy się odmiany czasowników, ale tylko w dwóch osobach: on i oni/one. Ograniczono też naukę nowych słów.
Do gimnazjum trafiają dzieci, które słabo mówią po francusku. Zamiast czytać, wciąż składają zdania. Piszą tylko fonetycznie. To wina lewicowych ideologów, którzy tworząc nowy program, uznali, że „kompetencje społeczne” (np. organizacja debat, praca w grupach, większa swoboda w nauczaniu a la Montessori) są ważniejsze od nauki języka. Zapomnieli, że rodzice dzieci z ZEP-ów nie czytają z nimi książek. Szkoła to dla tych dzieci wszystko. Umiejętność czytania i pisania jest najważniejsza, bo daje im wolność. Co z tego, że rozwiążą łatwe testy gimnazjalne, zdadzą maturę – dzięki nowemu systemowi udaje się to 90 procentom. Na egzaminach wstępnych na studia dostaną obuchem w łeb, bo nikt nie będzie traktował ich „priorytetowo”.
Salima jest singielką, pracuje w finansach, nie uznaje szariatu, ale modli się w meczecie. To wystarczy, żeby szeptano na jej widok
Lekcja 3. Getto Całe życie uczyłam w ZEP-ach. Pierwsze sześć lat w Marsylii. Rano w gimnazjum na blokowisku, gdzie na 500 uczniów było 20 białych. Po południu – w bogatym miasteczku pod Marsylią – tam było 10 Arabów. W Tuluzie przez ostatnie kilka lat straciliśmy dużo białych dzieci, a także uczniów z „dobrych” rodzin. Przenieśli się do szkół prywatnych. W niektórych klasach jest po 2 białych uczniów, w innych 10. W gimnazjum obok na 300 uczniów jest 1 biały. Według raportu z września 2016 roku, który wstrząsnął Francją, szkół-gett jest w kraju koło 100 (na 8 tysięcy). 95 proc. ich uczniów to biedni muzułmanie. System edukacji oparty niby na zasadzie „równości” tylko pogłębia różnice społeczne. W ZEP-ach dzieci tracą statystycznie siedem i pół tygodnia w ciągu roku, bo są odsyłane ze szkoły za karę. W najgorszych szkołach mają nawet trzech nauczycieli matematyki w ciągu roku. Dodatkowo kilka tygodni bez lekcji, bo są strajki – uczniów, rodziców i nauczycieli. Ale mam kolegów i koleżanki, którzy są zadowoleni. W ZEP-ach nie muszą się wysilać, a dostają około 100 euro więcej.
Kulturowa różnorodność, by mogła dobrze funkcjonować, musi być kontrolowana. Należałoby zastosować strategię „busingu”, czyli dowożenia autobusem dzieci z jednej dzielnicy do różnych szkół (obecnie obowiązuje rejonizacja). Badania Susan Eaton z Uniwersytetu Harvarda pokazują, że integracja jest najistotniejszym czynnikiem wpływającym pozytywnie na wyniki nauczania. Dzieci trzeba wyciągnąć z ich dzielnic.
Znam uczniów w Marsylii, którzy nigdy nie byli na plaży ani w centrum miasta. Po szkole przesiadują na chodnikach. Ich rodzice stoją w kolejce do CAF-u (Kasa Opieki Rodzinnej) albo po zasiłek do Pole Emploie (Urząd Pracy). Na osiedlu jest szkoła i biura rządowe, ale nie ma ani jednej fabryki. Nie ma biblioteki ani muzeum. Ludzie zostali uwięzieni na blokowiskach. We Francji przestaliśmy się mieszać.
Lekcja 4. Gołe pupy Po zamachu na redakcję „Charlie Hebdo” jeden z moich uczniów nie chciał uczestniczyć w minucie ciszy. Powiedziałam mu: – Weź krzesło i ustaw przodem do ściany na końcu sali. Siedź tam do końca lekcji. Dla mnie nie istniejesz.
Paryż po zamachach 13 listopada
Nie ruszył się z ławki. Potem długo o tym rozmawialiśmy. Zapytałam, dlaczego nie chciał milczeć.
– Dlaczego nie milczymy za Palestynę? – zdenerwował się. Okazało się, że pół klasy myśli podobnie.
– A dlaczego nie milczymy za ludobójstwo w Rwandzie? Za ofiary wojny w Darfurze? Milczymy w sprawach, które dotyczą Francji, a wy jesteście jej obywatelami – tłumaczyłam. – Wasze milczenie nie oznacza, że akceptujecie rysunki w „Charlie Hebdo”. Oznacza, że nie zgadzacie się, by mordować ludzi tylko dlatego, że są dziennikarzami. Wolność słowa jest inna dla mnie – jako nauczycielka nie mogę wyśmiewać islamu – a inna dla karykaturzysty.
– Ale obrazili naszego proroka – nie ustępowali.
– „Charlie Hebdo” obraża wszystkie religie. Nawet jakby sam Bóg przyszedł do was i powiedział, że macie kogoś zabić, to macie mu odmówić. Życie ludzkie jest święte. Poza tym czy wasza wiara nie jest silniejsza od jakichś głupich rysunków? – nie wiedzieli, co powiedzieć.
W grudniu zorganizowałam debatę o burkini w stylu amerykańskim. Kazałam przeczytać im wszystkie artykuły z prasy na ten temat: lewicowe i prawicowe. Czytali teksty feministek – przeciwniczek i zwolenniczek burkini. Poznali zdanie salafitów, którzy też byli przeciwni, ale z innych powodów: według nich burkini jest zbyt obcisłe. Poza tym prawdziwa muzułmanka nie chodzi na plażę – z tym zgodziło się wiele uczennic. Najpierw gadaliśmy. Jedni proponowali: – Niech zrobią osobną plażę dla muzułmanek w burkini.
– Jasne, to jeszcze zróbmy plażę dla białych i czarnych. To wam się wydaje sensowne? – spytałam.
– No nie, to rzeczywiście idiotyczne – przyznali. – Ale kobiety, które opalają się z gołymi pupami i cyckami na wierzchu, dlaczego one mogą? To niesprawiedliwe!
Przeczytaliśmy wspólnie prawo laickości z 1905 roku i kolejne, z 2004 i 2010 roku. Wielu merów, chcąc zakazać burkini, powoływało się na nie.
– Nigdzie tu nie mówią o plażach! – krzyknął jeden z uczniów. W ten sposób doszliśmy wspólnie do wniosku, że burkini nie można zakazać w imię laickości.
Potem podzieliłam ich na grupy. Wcielili się w role przeciwników i zwolenników burkini. Dzięki temu poznali inny punkt widzenia.
Ostatnio pokazałam im zdjęcie mężczyzny, który podciera sobie tyłek flagą Francji. Byli w szoku. – Ktoś to naprawdę zrobił?! – nie mogli uwierzyć.
– A co wam to przeszkadza, to tylko kawałek materiału – wzruszyłam ramionami.
– Nie, nie, to jest flaga!
– Co was obchodzi flaga Francji? – specjalnie okazywałam obojętność.
– Tak nie można! – byli coraz bardziej oburzeni.
– Czyli jednak wam to przeszkadza? A jakby to była flaga Algierii?
– Ooooooo!!!!!!! To już byłoby przegięcie!!! – zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego.
– To samo powinniście czuć wobec flagi Francji, bo to wasz kraj.
Wtedy zaczynam z nimi lekcję o symbolach narodowych, o narodzie, choć we Francji szerzenie patriotyzmu w szkole jest zakazane. Tłumaczę, dlaczego są ważne. Na koniec roku cała klasa mocnym głosem śpiewa ze mną „Marsyliankę”. Już się nie wstydzą.
Burkini - nie tylko dla skromnych
Lekcja 5. Apartheid Dwóch moi braci to antysemici. Najpierw byli antysyjonistami, nienawidzili Izraela. Teraz otwarcie mówią o tym, że nienawidzą Żydów. Nie wynieśli tego z domu, bo nigdy nie słyszałam, by mama mówiła źle o Żydach. Nigdy.
Dla moich uczniów gwiazdą numer jeden jest Mohammed Merah, terrorysta islamski, który w 2012 roku zamordował siedem osób, w tym troje dzieci. Wielbią go, bo jego ofiarami byli w większości Żydzi, których nienawidzą. Zaprosiłam więc na lekcję Latifę Ibn Ziaten, matkę żołnierza zastrzelonego przez Meraha. To starsza pani, muzułmanka w chuście. Opowiadała moim dzieciom spokojnym głosem to, czego nie usłyszeliby od polityków. „Kocham Francję i Maroko. Kocham islam. Z moimi dziećmi obchodziłam i Boże Narodzenie i ramadan. Uczyłam ich miłości do Francji, to z tego powodu mój syn został wojskowym”.
Latifa przypominała uczniom ich matki, byli wzruszeni. To, co mówiła, dotarło do nich bardzo głęboko. Gdy wyszła, rozmawialiśmy.
– Poczuliście empatię do drugiego człowieka. Latifa to osoba podobna do was, do waszych mam, więc nie było to trudne zadanie. Chciałabym, żebyście to samo czuli wobec wszystkich ludzi na świecie. Także wobec żydowskich dzieci, które zostały zamordowane przez Meraha tylko dlatego, że zamiast Koranu czytały Torę.
Ostatnio pewna badaczka z satysfakcją stwierdziła, że odkąd żydowscy rodzice przenieśli swoje dzieci do szkół prywatnych, w szkołach publicznych nie ma antysemityzmu. Politycy Partii Socjalistycznej mówią podobnie: stwórzmy szkoły wyznaniowe dla muzułmanów, skończą się awantury o laickość, dziewczynki będą mogły nosić chusty. Zamiast zwalczać antysemityzm, zadowalają się przeniesieniem problemu gdzie indziej. Tłumaczą: „To antysyjonizm, niechęć do Izraela. Nie można do końca winić Arabów, że tak myślą”. Ja się z tym nie zgadzam. Antysemityzm to rasizm, jest zakazany przez prawo. Nie chcę, by we Francji było jak w Anglii, gdzie działają trybunały szariackie. Lub w Nowym Jorku – sądy rabiniczne. W sprawach rodzinnych i majątkowych pogłębia to dyskryminację kobiet. Synowie dostają dwa razy więcej spadku niż córki, a w przypadku przemocy domowej sędziowie każą mężom „nauczyć się panować nad gniewem”. Rząd brytyjski pozwala na to z lenistwa. Wydaje się im to bardziej praktyczne, ale mylą się. Dzieląc społeczeństwo, tworzą apartheid.
Zjednoczony Kalifat Wielkiej Brytanii?
Lekcja 6. Żydzi Zaprosiłam na lekcję 80-letnią Żydówkę Rachel Roizes, która była przechowywana przez francuską rodzinę cztery lata w trakcie wojny. Jej tata został wywieziony do Oświęcimia. Przed spotkaniem moi uczniowie złościli się: „Tylko Żydzi i Żydzi, czemu ciągle o nich gadamy? Dlaczego nie uczymy się więcej o Palestynie? Dlaczego musimy czytać teksty o obozach koncentracyjnych, one podobno nie istniały! Ta historia z gazem jest podejrzana”. To samo słyszą nauczyciele w wielu francuskich szkołach.
A potem usiadła przed nimi ta miła staruszka. Nigdy wcześniej nie widzieli Żydówki, dziwili się, że wygląda tak „zwyczajnie”. Słuchali jej opowieści o wojnie z rozdziawionymi ustami. Gdy opowiadała o rodzinie, gdy wypowiedziała słowa „moja mama”, „mój tata”, widziałam, jak ramiona niektórych chłopców opadają. Rozluźnili się. Po spotkaniu pokazałam im jeszcze filmy dokumentalne o obozach koncentracyjnych. Specjalnie wybierałam ujęcia pokazujące największe okrucieństwo.
Potem znów rozmawialiśmy. Najpierw ich sprowokowałam, bo żeby do nich dotrzeć, trzeba przeciągnąć strunę. – Eee, ci Żydzi to nie są ludzie tacy jak my. Merah miał rację, trzeba ich mordować.
– Nie może pani tak mówić! To obrzydliwe! – krzyknęła jedna z uczennic. Paru uczniów się popłakało, choć większość to „twardziele”, zawsze na straży swoich emocji.
Idealnie byłoby, gdyby do szkoły przychodzili też rodzice. Powinni spotkać się z mamą żołnierza zamordowanego przez Meraha, porozmawiać z 80-letnią Żydówką. Dzieci powtarzają za rodzicami, bo są wobec nich lojalne. To bardzo trudne dla 12-latka przyznać, że jego rodzice nie mają racji.
Jeśli nauczyciel nie wyłapie odpowiedniego momentu i nie zainspiruje swoich uczniów, to nigdy nie ruszą do przodu. To wymaga wiele pracy, ale warto. Najtrudniej jest mi zaakceptować to, co wmawia się nauczycielom na stażu: „Nie masz wpływu na to, czy uczeń będzie dobry, czy zły. Nie możesz zmienić jego zachowania, to nie twoje zadanie. Nie jesteśmy ich rodzicami. Decyduje przeznaczenie”. Wstydzę się za nauczycieli, którzy tak robią. Wstydzę się, że nic nie zrobiłam dla mojego ucznia, którego w pierwszej klasie gimnazjum podejrzewałam o stosowanie przemocy. Nie miał empatii, niczego się nie bał. Był socjopatą. Czułam, że niedługo wyląduje w więzieniu. Trzy lata później zabił człowieka. Ukradł mu skuter, dźgnął nożem.
To powszechna na francuskich przedmieściach bieda i brak perspektyw popychają młodych ludzi w ręce islamskich ekstremistów
Lekcja 7. Pała – Nie słuchajcie nauczycieli, którzy przekonują was, że pasujecie na sekretarkę albo sprzedawcę – mówię moim uczniom w ostatniej klasie gimnazjum. – Możecie zrobić to, co chcecie. Opowiadam im wtedy to, co przeżyłam i kim jestem naprawdę.
Nie ma dnia, by nie zadawali pytań. Z reguły przerywam wtedy lekcję i dyskutujemy o polityce. Nazywają mnie „nauczycielką od newsów”. Najbardziej popularne: – Czy to prawda, że lewica to dobrzy ludzie, a prawica niedobrzy?
Najmniej interesuje ich ekologia (dla większości oznacza trawnik przed blokiem), najbardziej konflikt izraelsko-palestyński. Kilka razy dziennie słyszę: „Palestyna, Palestyna, Palestyna”, nieważne, czy mówię o historii Francji, Shoah czy wojnie w Algierii. Nie spędzają czasu, grając w gry komputerowe, ale śledzą wiadomości, oglądają filmy dokumentalne na YouTubie. Uwielbiają dyskutować, kontrargumentować. Są w tym bardzo dobrzy.
Na historii najbardziej cieszą się, gdy zaczynamy mówić o wojnie w Algierii. Ale mają słomiany zapał. Jak do arabskiego – nie mogą się tych lekcji doczekać, a potem większość ma na koniec roku pały. Wojnę w Algierii omawiamy bardzo szczegółowo. Tłumaczę, że nie było w niej tylko złych i tylko dobrych bohaterów. Nigdy tak nie jest i to właśnie najpiękniejsze w nauce historii. Często każę uczniom przygotować argumenty za i przeciw na każdy temat. Wysłuchujemy każdej ze stron, a to, za kim się opowiemy, zależy od wartości, które wyznajemy.
Na klasówkach zawsze pokazuję im pytania kilka dni wcześniej. – Jeśli dostaniecie złą ocenę, to nie dlatego, że jesteście imbecylami. Nie pracowaliście wystarczająco dużo! Nie zastawiam na nich pułapek. Jak obleją, to zawsze mogą napisać sprawdzian raz jeszcze. Oceny mam gdzieś. Najważniejsze, by nauczyć ich pewności siebie.
Lekcja 8. Minispódniczka Uczennice nie mogą przychodzić na lekcje w krótkich spódnicach. Cały tydzień łażą w spranych dresach. Nie chcą narażać się muzułmańskim kolegom. W filmie z 2009 roku „La Journée de la jupe” (polski tytuł „Pokolenie nienawiści”) Isabelle Adjani gra nauczycielkę, która jako jedyna przychodzi do szkoły na przedmieściach Paryża w spódnicy przed kolano. Jest za to wyzywana przez uczniów od „kurew”. Zdarza się to w szkołach, gdzie nauczyciele nie mają żadnego autorytetu. Mnie to nie dotyczy, bo zawsze chodzę w długich spódnicach, wyglądam jak worek kartofli, ale taką mam figurę. Gdybym chciała, mogłabym przyjść do szkoły w kostiumie kąpielowym. Spróbowaliby to skomentować!
Jeśli mój uczeń powiedziałby, że nie usiądzie obok dziewczynki, tobym go do tego zmusiła. Zdarzyło się to mojej koleżance w szkole podstawowej. Radykalni muzułmanie przyszli do szkoły i zakazali swoim córkom siedzieć w ławkach z chłopcami. Te same dziewczynki dostały nagle wszystkie alergii na chlor, nie mogły chodzić na basen. Nauczycielki poddały się ze strachu. Ja bym poszła na wojnę.
Istnieją wartości uniwersalne, niezależne od tego, czy jesteś białym chrześcijaninem, czy czarnym muzułmaninem. Najważniejszą z nich jest równość prawa wobec kobiet i mężczyzn. Jeśli dwuletnia dziewczynka zostaje obrzezana, to w dupie mam tłumaczenie, że to jest „kulturowe”. Na szczęście we Francji to nie tylko nielegalne, ale i karalne. Od lat 80. stu rodziców i dwie rzezaczki trafiły za to do więzienia na kilka lat. W Anglii zostało to zaniedbane, nikomu jeszcze nie został nawet wytoczony proces. Rezultat: między kwietniem 2015 a marcem 2016 roku 5702 dziewczynki zostały obrzezane, najwięcej w Londynie. We Francji, według ostatnich danych GAMS (Groupe pour l’Abolition des Mutilations Sexuelles – stowarzyszenia zwalczającego praktykę obrzezania), nie dokonuje się obrzezań już w ogóle.
Naprawione. Czarne Francuzki odzyskują łechtaczki
Nie można twierdzić, że obrzezanie jest straszne, ale posiadanie dwóch żon akceptowalne. Zgodziłabym się z tym, gdyby kobiety też mogły mieć dwóch mężów.
Jeśli 12-letnia dziewczynka nosi chustę, to czy można powiedzieć, że to jest jej wybór? Nie. Robi to, bo chce zrobić przyjemność rodzicom. Moi przeciwnicy argumentują, że prawo z 2004 roku zabraniające noszenia chust w szkołach spowodowało, że dziewczyny zaczęły je nosić z przekory. „Zabraniacie nam? To my się zbuntujemy”. Nie jest tak w przypadku moich uczennic. Obowiązkowe zdejmowanie chusty w szkołach uświadamia im, że nie definiuje ich tylko religia. Ostatnio tłumaczyłam to 12-latce, która przychodzi na lekcje coraz szczelniej zakryta. Jak tylko urosły jej piersi, to założyła gruby sweter. Przestała chodzić w legginsach, bo zostały uznane przez jej kolegów za zbyt obcisłe. Powiedziałam jej, że islam ani żadna inna religia nie jest wrodzony. Gdyby porwała ją katolicka matka, to byłaby katoliczką.
We Francji muzułmanka nie potrzebuje chusty. Prawo laickości nie zmieniło się od 1905 roku. To muzułmanie stali się bardziej wymagający. Islam naszych rodziców został zastąpiony przez religię osób bardziej świadomych swej wiary. Codzienna praktyka religijna jest dla nich bardzo ważna, ale kultywowanie tradycji im nie wystarcza, więc sięgają do książek teologów islamskich i rozmawiają z imamami. Nigdy we Francji nie było tylu księgarń religijnych! A gdzie młodzi islamiści nauczyli się czytać? Kto nauczył ich myśleć, analizować teksty? Francuska szkoła.
Obrzezanie. Piekło kobiet
Lekcja 9. Zwykła rodzina Całe szczęście, że urodziłam się w 1978 roku. Gdybym teraz była w gimnazjum, to nosiłabym chustę. Pewnie nie zostałabym nauczycielką, a moi bracia zaaranżowaliby dla mnie małżeństwo z kuzynem w Algierii.
Nazywam się Fatiha Boudjahlat. Jestem Arabką. Feministką. Działaczką w partii radykalnie lewicowej Mouvement Républicain et Citoyen (Ruch republikański i obywatelski). Jestem też wierzącą muzułmanką, nie rozumiem, jak można w nic nie wierzyć. Ale nie wierzę w piekło ani w raj. Nie modlę się, nie obchodzę ramadanu, ale nie jem wieprzowiny.
Mam siedmiu braci: dwóch to salafici – radykalni muzułmanie, jeden jest świadkiem Jehowy, dwóch głosuje na Front Narodowy. Zupełnie zwyczajna z nas francuska rodzina XXI wieku.
Moja mama sama wychowała ośmioro dzieci. W wieku 40 lat pierwszy raz w życiu poszła do pracy – zaczęła sprzątać w fabrykach. Rok wcześniej mój ojciec namówił ją, byśmy całą rodziną przeprowadzili się do Algierii. Zaraz po przyjeździe ukradł wszystkie nasze dokumenty. Wrócił do Francji i sprzedał wszystko, co znalazł w naszym mieszkaniu. Za te pieniądze w Algierii kupił sobię kolejną żonę. Teraz ma ich siedem. Mama spakowała nas i wróciliśmy do Francji, w konsulacie powiedziała, że zgubiliśmy papiery. Miałam wtedy dziesięć lat lat.
Nie widziałam taty od 1993 roku. W ciągu 25 lat napisał do mnie dwa listy. W pierwszym radził, bym wybrała zawód stewardesy, dzięki temu dobrze zarobię i będę mogła wysyłać mu pieniądze. W drugim oświadczył, że obiecał mnie na żonę jednemu ze swoich siostrzeńców. Gdy pokazałam ten list moim braciom, tylko się śmiali. Ale to było prawie 20 lat temu. Teraz moi bracia salafici kazaliby mi wyjść za mąż. Słowo ojca byłoby dla nich święte.
Ojciec był skurwielem. Bardzo złym człowiekiem. Co pamiętam z dzieciństwa? Że stoję w ciemnym korytarzu i trzęsę się ze strachu, bo tata goni za moim bratem z siekierą. To, że zniknął, było dla nas wybawieniem. Dzięki temu jestem wolna. Gdyby nie zostawił mamy, nigdy nie mogłabym pójść na studia.
Moja mama to wspaniała kobieta. Nie znam osoby o większym poczuciu humoru. Poznała mężczyznę, była z nim szczęśliwa, ale moi bracia nie pozwolili jej wyjść ponownie za mąż. Jeden tak bardzo się zdenerwował, że chciał ją uderzyć. Kazał jej wtedy założyć chustę, mimo że nigdy w życiu nie zakrywała włosów. To dlatego nie potrafię znieść patriarchatu. Nie dotyczy on tylko rodzin arabskich, tak samo zachowują się np. Włosi czy Hiszpanie.
Często się kłócimy przy rodzinnym stole. Moi bracia mówią na Francuzów „gwer”. To wyzwisko. Dwaj bracia, salafita i świadek Jehowy, mają białe żony. Ale nawet ich mieszane dzieci nie uważają się za Francuzów. Czy to jest normalne? Dwa lata temu prawie się pobiliśmy. Zaczęliśmy dyskutować o nowym prawie zezwalającym na małżeństwa gejów. Salafita i światek Jehowy skoczyli na mnie, że bronię chorych ludzi, bo według nich homoseksualizm to choroba, a geje powinni zostać zgładzeni. Zaczęliśmy krzyczeć i się przepychać. Wtedy moja mama walnęła ręką w stół i kazała się nam zamknąć. Ale to ona podsunęła nam ten temat. Zadała niewinne pytanie, co myślimy, i rozpętała burzę.
Lekcja 10. Klasa przygotowawcza Wszystko w moim życiu zawdzięczam francuskiej szkole. Do tzw. klasy przygotowawczej o profilu literackim, której celem jest jak najlepsze przygotowanie do egzaminów na uniwersytet, trafiłam dzięki nauczycielce francuskiego. Do egzaminów musiałam przeczytać 200 książek, a u mnie w domu oprócz Koranu była tylko ilustrowana encyklopedia, którą znaleźliśmy z braćmi na śmietniku. Któregoś dnia moja nauczycielka przyjechała samochodem na nasze ohydne blokowisko. W bagażniku miała kartony książek. Potem obwiozła mnie po wszystkich wydziałach politologii w regionie. Jej mąż był komornikiem, który kilka lat wcześniej zlecił konfiskatę mienia w naszym mieszkaniu. Jeden z moich braci spędził w sumie 14 lat w więzieniu. Za bójki, sprzedaż narkotyków, napad z bronią. Pamiętam, jak przyszłam do sądu zeznawać w jego sprawie. Płakałam, bo musiałam opowiedzieć o tym, co nas spotkało w dzieciństwie. O ojcu, który groził mu siekierą. O potwornej biedzie, której doświadczyliśmy, o tym, że codziennie jedliśmy w stołówce organizacji charytatywnej Les Restos du Coeur. Mój brat miał mi za złe, że mówię źle o rodzinie, ale ja chciałam go uratować przed kolejną odsiadką.
Większość kolegów ze szkoły nie rozumie mojego zaangażowania. Politycy zarzucają mi rasizm. Biali mężczyźni, którzy ukończyli najlepsze prywatne szkoły, chcą mnie uczyć, jak postępować z arabskimi dziećmi? Jak śmią myśleć, że wiedzą o wykluczeniu społecznym więcej ode mnie? Nie lubią mnie, bo nie mieszczę się w żadnych kategoriach. Jestem Arabką, ale nie noszę chusty. Jestem lewicowa, ale czasem moje propozycje zmian są skrajnie prawicowe. Mam do tego dystans, bo nie jestem biała tak jak oni. Nie pochodzę z bogatej rodziny, nie mam romantycznego wyobrażenia o różnicach społecznych. Mam w dupie poprawność polityczną. Mogę mówić rzeczy, za które oni zostaliby posądzeni o rasizm. Niektórzy Arabowie uważają mnie za zdrajczynię, przezywają batonem Bounty – czarna na zewnątrz i biała w środku. Mówią tak, bo według nich powinnam kochać nie Francję, ale Algierię. Ich też mam głęboko gdzieś.
W klasie przygotowawczej usłyszałam, że ze względu na mój „stan” powinnam pracować więcej od innych. Jako Arabka miałam pod górkę. Brakowało mi dyscypliny, nagła wolność uderzyła mi do głowy. We Francji od 15 lat działa z sukcesem specjalny tryb naboru do najbardziej prestiżowych uczelni dla licealistów z ZEP-ów, jego beneficjentką była m.in. minister edukacji Najat Vallaud-Belkacem. Nie miałam szans, bo się obijałam. Łatwiej było w liceum, gdzie wystarczyło tylko wykonywać polecenia nauczyciela. W moim arabskim domu nikt nie zachęcał mnie do samodzielnej nauki, odrabiałam zadania, bo musiałam, ale wolałam oglądać telewizję. Często zastanawiam się, co by było, gdybym wyrosła w innym środowisku. Żałuję, może teraz miałabym już dyplom, który pozwoliłby mi uczyć w liceum i szkołach wyższych. A tak jestem tylko zwykłą nauczycielką, jedną z 240 tysięcy we Francji.
sauce:http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,21300019,francja-nauczyla-was-bezczelnosci-jak-uczyc-w-arabskim.html
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.05.19 21:20 ben13022 Nagroda Nike 2016 - nominacje. Oto 20 książek roku.

Jubileuszowe, 20. rozdanie nagrody Nike stoi pod znakiem poezji i reportażu. Obok powieści, prozy poetyckiej, wspomnień i eseju są cztery tomy wierszy i w gronie nominowanych do najważniejszego wyróżnienia literackiego w Polsce jest aż siedem zbiorów reporterskich. Całą dwudziestkę ogłoszono podczas Warszawskich Targów Książki. Nike to nagroda za najlepszą książkę roku. W konkursie mogą startować wszystkie gatunki literackie. Nagrody nie można podzielić ani nie przyznać. Lista dwudziestu nominowanych jest ogłaszana w maju na Warszawskich Targach Książki, siedmiu finalistów - na początku września na łamach "Wyborczej".
W tym roku w jury nagrody Nike są: Piotr Bratkowski, Tomasz Fiałkowski (przewodniczący), Irena Grudzińska-Gross, Rafał Marszałek, Stanisław Obirek, Maria Anna Potocka, Paweł Rodak, Andrzej Werner i Maria Zmarz-Koczanowicz.
Oto książki, które jurorzy nominowali do nagrody Nike za rok 2015.
Opowieść o życiu trzech dziewcząt dorastających w niewielkim, prowincjonalnym miasteczku. Lata dzieciństwa i dojrzewania, szkolnych przyjaźni, pierwszych przykrości. Te wspomnienia mają melancholijny, nostalgiczny ton. Później drogi dziewcząt się rozejdą: jedna z nich, najlepiej sytuowana, utknie w agencji reklamowej, życie drugiej, sprzątaczki, będzie upływać na trudnym wiązaniu końca z końcem, trzecia z powszechnego biegu wypadnie na zupełny margines. Smutek egzystencji każdej z kobiet jest wyraźny, ale niedefiniowalny, jakby nie miał powodu.
"Chciałabym, aby tytuł 'Nieważkość' pozostał tajemniczy. Niedopowiedzenie to ważny aspekt każdego tekstu literackiego, bo w niedopowiedzeniu kryje się tajemnica, czyli to, co najprawdziwsze. To, co jest już poza słowami" - mówiła Fiedorczuk w jednej z rozmów. (Marek Radziwon)
"Inżyniera Iwanowskiego Mieczysława oraz Kozłowskiej Teresy ostatnio przebywających w obozie Oświęcim poszukuję...". Takich ogłoszeń w 1945 r. ukazały się setki. Obok nich pojawiały się reklamy usług ekshumacyjnych, szycia ciepłej bielizny, jasnowidzenia, kursów rosyjskiego, skupu książek (które w 1945 r. były towarem pierwszej potrzeby), obwieszczenia o wiecach, oczyszczeniu tego i owego z zarzutów o kolaborację... W książce Grzebałkowskiej ogłoszenia drobne są refrenem i swoistym kalendarium wydarzeń roku, w którym kończyła się wojna i zaczynał pokój. Choć tak naprawdę nic się jeszcze nie skończyło i nic do końca nie zaczęło. Reporterka "Wyborczej" wkracza na ziemie przez chwilę niczyje, by bez osądzania przyjrzeć się z bliska losom ostatnich żyjących świadków tamtego czasu. Ludzi, którzy gonieni strachem próbowali się przedrzeć przez skuty lodem Zalew Wiślany, przesiedleńców, wychowanków otwockiego domu dziecka dla ocalonych z Holocaustu, szabrowników... Wspaniała reporterska panorama. (Juliusz Kurkiewicz)
Autor m.in. tomu "Pełna krew", za który w 2013 roku dostał Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej. O jednym z wierszy z tomu "Kardonia i Faber" powiedział tak: "Wiele moich wierszy rodzi się w snach, półśnie. Nie zawsze jestem do końca świadomy tego, co mi dyktuje noc. Dopiero po wielu dniach, miesiącach, dociera do mnie, co pisałem i po co".
W jego poezji znajdziemy obrazy osobiste i intymne. W wierszu "Dziadek Jarosz": "mój ojciec starzeje się/ i upodabnia do mnie. Trzymam mu młotek, kombinerki,/ gdy przybija sosnowe ćwierć wałki". W wierszu "Kwadra": "Skąpa historia: przyjeżdża rodzina/ wujek coś tłumaczy w sieni ojcu,/ potem zrzucają się na wieniec i wódkę". A potem przychodzi już inny czas, jak w wierszu "Królestwa": "Jechałem do domu okrężną drogą,/ pociąg stał na moście, w słońcu tkwiła jesień. Żona zadzwoniła, powiedziała, że zostanę ojcem". (Marek Radziwon)
Zbiór reportaży o współczesnym Egipcie Piotra Ibrahima Kalwasa - mieszkańca Aleksandrii i Warszawy, znawcy i wyznawcy islamu. W jego reportażach czuje się ciekawe rozdwojenie. O Egipcie i Kairze Ibrahim Kalwas mówi tak: "codziennie go chwalę i przeklinam. Kiedy tam jestem, męczy mnie intensywność tej rzeczywistości, hałas, smród, jakiś surrealizm. Ale kiedy jestem tu, tęsknię za tym wszystkim. Za tą cudowną gościnnością, opiekuńczością". Tytułowy haram/halal to ciągłe rozgraniczenie między tym, co wolno, a tym, czego nie wolno. Granica, jak cały nowoczesny i jednocześnie tradycyjny, archaiczny świat islamu, jest ciekawsza, bardziej skomplikowana, różnobarwna i znacznie bardziej chaotyczna niż można by sądzić. (Marek Radziwon)
Ta książka nie mogła trafić na lepszy czas. Właśnie teraz, kiedy po raz pierwszy w polskim parlamencie zasiadają przedstawiciele Ruchu Narodowego jawnie odwołujący się do ideologii faszystowskiej, kiedy przez polski internet przechodzi fala brunatnej nienawiści do uchodźców, opowieść o mieście, które opanowała "biała siła", może nam wiele wyjaśnić. Fala szowinizmu, która ostatnio przybrała na sile w stolicy Podlasia, jest tu jedynie punktem wyjścia do znacznie szerszej analizy. Jej tematem jest mechanizm zapominania i wymazywania, który stwarza warunki do rozwoju ksenofobii. Symbolem tego mechanizmu jest w książce Kąckiego obraz żydowskiego kirkutu w centrum Białegostoku, który po wojnie został zasypany warstwą ziemi i gruzu ze spalonego getta, bo przeszkadzał w odbudowie miasta. (Roman Pawłowski)
Stryjeńska - wiadomo: malarka, projektantka tkanin, plakatów i przedmiotów, dziś powiedzielibyśmy, że działała w designie. Ale może właśnie nie wiadomo, bo kto tak naprawdę pamięta dziś o tej zmarłej w latach 70. w Genewie artystce? Była jedną z najbarwniejszych postaci dwudziestolecia, temperamentu miała tyle, że możnaby obdarzyć nim kilku ludzi, a i tak pozostaliby interesujący. Dość powiedzieć, że krótko przez I wojną zapisała się jako chłopiec na monachijską akademię, która jeszcze wtedy nie przyjmowała dziewcząt. W kryzysy jej burzliwego małżeństwa z architektem Karolem Stryjeńskim (dwukrotnie usiłował zamknąć ją w szpitalu psychiatrycznym) zaangażowane było niemal całe środowisko artystyczne Warszawy i Zakopanego - Witkacy miał się nawet pojedynkować z jej mężem. Jednak z punktu widzenia tej książki najważniejsze, że prowadziła bardzo stylowe zapiski, które Kużniak w fantastyczny sposób wysunęła na plan pierwszy, podporządkowując im narrację i dając nam wyobrażenie o jej dowcipie, zmyśle obserwacji (a obracała się wśród niebywałych ludzi) i dystansie do własnego, niełatwego życia. (Łukasz Grzymisławski)
W tytułowym wierszu czytamy o bezrefleksyjnej nowoczesności: "Nasze wirtualne pliki ciał/ w albumach/ blogach/ notesach znajomych./ Nowe zdarzenia./ Nowe polubienia". I dalej: "Jesteśmy już/ w kontaktach/ i w powiadomieniach". "Pisałam te wiersze w zasadzie bez żadnego klucza, a potem próbowałam je ułożyć w całość - mówiła Ewa Lipska o najnowszym tomie poezji (...) Tytuł miałam już wcześniej. Czytnik linii papilarnych był dla mnie pewnym symbolem. Z jednej strony to biometryczne zabezpieczenie jako symbol czasów w których żyjemy, a jednocześnie linie papilarne jako coś osobistego i jedynego. I wiedziałam, że połączenie tych dwóch rzeczy razem będzie świetnie obejmować wszystkie wiersze, które są w tym tomiku". (Marek Radziwon)
W Grasse żona i ukochana Bunina na przemian czytały i przepisywały "Nathalie". Żona wiedziała, że Jan (tak z polska nazywała Bunina) "musi być zawsze trochę zakochany", żeby móc pisać. Otoczony aurą kobiecości opisywał miłości, jakie "zdarzają się studentom i nigdy nie przechodzą do następnej fazy". Czym były dla niego te powroty? Nostalgicznym wspomnieniem? Czymś znacznie więcej. Renata Lis widzi w tym grę z życiem prowadzoną przez pisarza gnostyka nieufnego wobec materii, a jednocześnie zakochanego w niej. Nie wierzył w zmartwychwstanie ani w prawosławną, ewangeliczną symbolikę Przemienienia - wywodzi autorka. Według Zinaidy Gippius Bunin pisał tak, "jakby Chrystus jeszcze nie przyszedł na świat". Panicznie uciekając przed śmiercią, sam siebie zbawiał za pomocą literatury. (Tadeusz Sobolewski)
W twórczości, tak poetyckiej, jak i eseistycznej Piotra Matywieckiego są tematy stałe i ważne: Warszawa - miasto własne, realne i jednocześnie zmitologizowane. "Bo tylko tutaj żyjemy, ciężko i pracowicie" - czytamy w wierszu "Mit". Także Warszawa i prywatna żydowska przeszłość: "Dwa razy ekshumowano mojego Ojca./ Najpierw wyjęto Jego ciało z podwórza,/ gdzie gruz Go zasypał po bombardowaniu/ i uroczyście pochowano przy głównej ulicy./ Po kilkudziesięciu latach wyjęto Go/ z miejsca zbyt zaszczytnego na grób - tak uznali urzędnicy ratusza. Może nawet mieli rację".
"Marzę o tym, żeby być poetą ostrej obserwacji, widzenia" - mówi Piotr Matywiecki. Taki jest cykl zatytułowany "Człowiek" - mikrowiersze, obrazy sytuacji codziennej i niecodziennej, nagłej, widzianej przez chwilę. (Marek Radziwon)
Radziecki sadownik z tytułu nie fantazjował; porywał się na to, co niemożliwe, nie zrywając z racjonalnością. Być może Murek również wkroczyła na tę ścieżkę. Ale równie dobrze można widzieć w "Uprawie " pokaz nieokiełznanej wyobraźni. Autorka perfekcyjnie operuje skrótem; jej gęste, eliptyczne zdania wymuszają na czytelniku niezwykłą aktywność. Właściwie wszystko tu trzeba sobie opowiedzieć po swojemu - nie ma innej rady. Osobliwie aktywność odbiorcy wymuszają nad wyraz pojemne metafory - na przykład motyw mięsa pojawiający się w opowiadaniach "Organizacja snu w przedszkolu" oraz "Ołówek, siekierka, kijek". W tym pierwszym utworze przedszkolak Piotruś został odtrącony przez dzieci, które uznały, że "jest z mięsa", w drugim na mięsie lęgną się pszczoły. (Dariusz Nowacki)
W jednym z wywiadów Bronka Nowicka mówiła: "Nie pragnę, żeby martwe rzeczy były żywe. Chciałabym, żeby żywi ludzie byli mniej martwi. O tym jest dla mnie ta książka". Nie śmierć zatem, ale właśnie jakieś jednoczesne trwanie życia i nie-życia cały czas jest w tej krótkiej prozie widoczne. "Dziecko martwi się, bo nie umie nakarmić kamienia. Nie dlatego, ze nie umie znaleźć w nim ust. Wie - cały jest ustami". W tekście "Statek" czytamy: "Dziecko wzięło stołową łyżkę i poszło kopać grób resztkom ryby. Nie był to dobry pochówek, bo nie szyty na miarę, zbyt obco skrojony".
"'Nakarmić kamień' ma swój wymiar dokumentalny - mówi Nowicka. Dokumentalny nie znaczy autobiograficzny. Świat opisany w książce jest zbudowany ze wspomnień, ale nie są to wspomnienia w ich pierwotnej formie". (Marek Radziwon)
Opowieść Joanny Olczak-Ronikier o powojennym Krakowie jest ciągiem dalszym "W ogrodzie pamięci" - nagrodzonych Nike znakomitych wspomnień o przodkach autorki. O potrzebie sięgania do rodzinnej przeszłości Olczak-Ronikier mówi w rozmowie z Angeliką Kuźniak: "Musiałam zrobić coś, czego unikałam w młodości, czyli zbliżyć się do nich na nowo". W książce pojawia się słynny Dom Literatów na Krupniczej i pisarze, którzy się przez ten dom przewijali: Staff, Szaniawski, Andrzejewski, Różewicz. "Fotografie, notatniki, kalendarzyki, zaproszenia, katalogi wystawowe. Przez lata miałam poczucie, że skoro te dokumenty nie zniknęły, trzeba z nimi coś zrobić. Wydaje mi się, że obowiązkiem każdego z nas jest pamiętać, skąd się wzięło na tym świecie" - mówi Olczak-Ronikier. (Marek Radziwon)
Imiona oraz adresy bohaterów zostały tu zmienione. Wystarczy jednak chwila, by w internecie odnaleźć autentyki, w tym dane 19-latka z Bydgoszczy, który w marcu 1996 r. z zimną krwią zamordował młodszego kuzyna, a po trzech latach - nastoletnią sąsiadkę. Nie wiadomo, co bardziej poruszyło opinię publiczną: bestialstwo chłopaka czy indolencja policji, której nie udało się wykryć sprawcy pierwszego mordu i w efekcie zapobiec drugiemu. Orbitowski świetnie uchwycił moment konstytuowania się społeczeństwa konsumpcyjnego w III RP, pokazał, jak pieniądz wchodzi w świat ukształtowany wedle starych zasad, jak dezorientuje nie tylko młodziutkich bohaterów. Kapitalna powieść. (Dariusz Nowacki)
Lata 80. ubiegłego wieku, dekada, w której dojrzewa tytułowy skoruń, czyli niesforny chłopak, trochę łobuz, trochę leń. Konkretu historycznego mamy tu niewiele. Ojciec chłopięcego narratora jest działaczem "Solidarności". Mimo że zasadniczo jest sadownikiem, pracuje także jako nauczyciel w jednej z sandomierskich zawodówek. Gdzieś daleko w tle pojawiają się echa stanu wojennego, nad wyraz wątłe. Wiadomo - czas w takiej opowieści musi być inny, a więc mierzony rytmem pór roku i prac gospodarskich. Zwraca też uwagę niezwykła żywotność spraw przeszłych - związanych z II wojną światową czy nawet z okresem, kiedy okolica należała do ziemiańskiego rodu Siekierskich, nie mówiąc o ciągle na nowo przeżywanych konfliktach rodzinnych czy sporach o miedzę. Płaza z wyczuciem odświeża te stare, po części archetypiczne motywy. (Dariusz Nowacki)
W poezji Uty Przyboś znajdą się odwołania do ważnych dla poetki tradycji literackich: "Twardym ołówkiem i giętkim słowem/ wymówił ze świateł prawdę swojego istnienia" (o Schulzu), "Wśród drzew jesiennych/ dom pusty tłumem ludzi i zwierząt umarłych... (to o Stawisku Iwaszkiewicza)".
W innych miejscach będzie przeważać doświadczenie osobiste, prywatne, jak w wierszu "Stanąć": "W drodze stanąć, najlepiej o zmierzchu. Gdzieś, gdzie nie ma ludzi/ albo z bliskim człowiekiem". Albo jak w wierszu "Wtedy: "wtedy przede mną pies biegł/ las wokół wzrastał/ ślady zostawiała z tyłu/ górą chmury wzbierały".
Ale lepiej uważać z interpretacjami: "Panowie krytycy zgięci nad słowami/ najbardziej lubią znaki zapytania" - czytamy w wierszu. (Marek Radziwon)
"Chrześcijaństwo pochodzi ze Wschodu. Wszystko zaczęło się w Antiochii, Jerozolimie, Aleksandrii, Konstantynopolu" - pisze we wstępie do swojego zbioru reportaży Dariusz Rosiak. I jedzie na Bliski Wschód, żeby zobaczyć i opisać współczesny, coraz bardziej kurczący się świat tamtejszych chrześcijan: iracki Kurdystan i pogranicze z Turcją, Koptowie i Egipt, do którego chrześcijanie dotarli około 40 roku po śmierci Chrystusa, rządzony przez Hamas i Fatah Zachodni Brzeg, Liban z sięgającą VI wieku tradycją maronicką. "W Egipcie niełatwo się żyje, ale jesteśmy przyzwyczajeni do muzułmanów. Modlimy się za nich i za to, żeby zrozumieli, że Chrystus przyszedł zbawić wszystkich, nie tylko Koptów, ale także ich i Żydów" - powiada jedne z bohaterów Rosiaka. (Marek Radziwon)
"'Dom z witrażem' ma jakby kilka warstw: historię kraju i historię rodziny, osobistą mapę Lwowa, przewodnik po emocjonalności bohaterek. (...) Uwielbiam słuchać o tym, co kto odkrył w mojej książce, bo każdy czyta przecież przez siebie" - mówiła Słoniowska w jednym z wywiadów.
"Dom z witrażem" jest debiutem Żanny Słoniowskiej - pisarki, tłumaczki, Ukrainki. To rodzinna mikrohistoria, opowieść o kilku pokoleniach sięgająca lat radzieckich: matce i babci narratorki. Jest głównie o kobietach, ponieważ mężczyźni w tym świecie odchodzą albo giną wcześnie, wielu w czasie wojny. Tytułowy lwowski dom z witrażem jest więc szeroką panoramą, w której przegląda się historia Ukrainy ostatniego stulecia. (Marek Radziwon)
Zbiór esejów o wierze świeckich. "Myślałem, że jesteś... mądrzejszy - mruknął przed laty ksiądz, opiekun ministrantów, na wiadomość, że przychodzę służyć do mszy niewyspany, bom minioną noc spędził na festiwalu Jazz Jamboree". Czy możliwe jest sacrum w sztuce niereligijnej? Opisuje "swoistą alergię naszej kultury: mechanizm obronny skierowany przeciwko wszystkim postaciom, którym skłonni bylibyśmy przypisać status proroka naszych czasów", czyli pyta o chrześcijaństwo człowieka współczesnego i o wiarę praktyczną, nie zamkniętą w tekstach i wyobrażeniach sprzed dwóch tysięcy lat. Kilkanaście tekstów poświęca interpretacjom Ewangelii, bo "nasze doświadczenia wpływają na to, jak ją rozumiemy". Cały czas mówi sobie: sprawdzam. (Marek Radziwon)
Psy i koty bez jednej czarnej plamki, idealnie biały lukier do ciasta, rewolwer trzymany w dziecięcym wózku, a gdy się komuś wypsnie, to pochwała Hitlera. Surmiak-Domańska zabiera nas do Pasa Biblijnego, czyli do tej części amerykańskiego Południa, która zawiązała Konfederację, co rozpoczęło amerykańską wojnę domową. Zatrzymuje się w miasteczku tak sielskim, że aż czujemy, iż coś tu nie gra. Na ulicy nie uświadczysz ani jednej czarnoskórej osoby. Ten reportaż to coś więcej niż tylko panoramiczny obraz historii Klanu. To uniwersalna opowieść o narodzinach i zaklętym kręgu przemocy ożywianej przez poczucie krzywdy, wykluczenia i chęć rewanżu. Nie znajdziemy tu biało-czarnej (nomen omen) opowieści a rebours. Za to dowiemy się np., jak absurdy poprawności politycznej pogłębiają rasowe podziały w Ameryce. (Juliusz Kurkiewicz)
"Wiedziałem, czym była Radziecja, i uważałem, że trzeba było całe to imperium posłać do piachu, ale faktem też, że to, co rodziło się na jej gruzach, to na razie były krew, pot i łzy wsiąkające w zimny, podchodzący wodą step i pokruszony beton, i popękany asfalt".
Reporterskie obrazy z Donbasu - Słowiańska i Kramatorska, Kijowa oraz z Ukrainy Zachodniej - ze Lwowa, z granicy z Polską, czyli niby z Zachodem i z tzw. jedenastki, drogi prowadzącej do Lwowa od granicy z Polską. "Ukraina naprawdę tworzy się na nowo. To państwo dopiero teraz się konstruuje. Wcześniej niepodległość Ukrainy nie zależała od samych Ukraińców. Teraz to oni zdecydowali, że przebudują swoje państwo i je stworzą. Dzieje się to na naszych oczach" - powiada Szczerek. (Marek Radziwon)
Julia Fiedorczuk, "Nieważkość", Marginesy Magdalena Grzebałkowska, "1945. Wojna i pokój", Agora Łukasz Jarosz, "Kardonia i Faber", Biuro Literackie Piotr Ibrahim Kalwas, "Egipt. Haram Halal", Dowody na Istnienie Marcin Kącki, "Białystok. Biała siła czarna pamięć", Czarne Angelika Kuźniak, "Stryjeńska. Diabli nadali", Czarne Ewa Lipska, "Czytnik linii papilarnych", Wydawnictwo Literackie Renata Lis, "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu", Sic! Piotr Matywiecki, "Którędy na zawsze", Wydawnictwo Literackie Weronika Murek, "Uprawa roślin południowych metodą Miczurina", Czarne Bronka Nowicka, "Nakarmić kamień", Biuro Literackie Joanna Olczak-Ronikier, "Wtedy. O powojennym Krakowie" Łukasz Orbitowski, "Inna dusza", Od Deski do Deski Maciej Płaza "Skoruń", WAB Uta Przyboś "Prosta" Forma Dariusz Rosiak, "Ziarno i krew", Czarne Żanna Słoniowska, "Dom z witrażem", Znak Jerzy Sosnowski, "Co Bóg zrobił szympansom", Wielka Litera Katarzyna Surmiak-Domańska, "Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość", Czarne Ziemowit Szczerek, "Tatuaż z trybuzem", Czarne
Źródłó: http://wyborcza.pl/1,75410,20101677,nagroda-nike-2016-nominacje-oto-20-ksiazek-roku.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.01.21 13:58 SoleWanderer Dziary narodowe. Polska z tatuaży patriotów - Konrad Oprzędek

Orzeł pod majtkami dumnie zadziera główkę, co symbolizuje niezłomność Polaków. Ewelina opowiada o nim tylko koleżankom, bo faceci mogliby się podniecać.
Daniel masuje się po Polsce, którą ma wytatuowaną na ramieniu. Polska trochę boli, bo dwa dni wcześniej kazał postawić ją w płomieniach i dodać żołnierza Armii Krajowej z karabinem. Za tatuaż zapłacił zasiłkiem dla bezrobotnych.
Chłopak wodzi smętnym wzrokiem za ludźmi, którzy biegają po galerii handlowej. Od kiedy stracił robotę w biurze, przychodzi tu codziennie. W domu ciągle czuje na sobie ojcowskie spojrzenie, które robi z niego nieudacznika i darmozjada, dlatego o dziewiątej wychodzi na miasto. Dwie-trzy godziny meandruje po ulicach Krakowa, a koło południa przysiada w galerii, żeby się ogrzać. Potem wraca do domu i rozsyła CV.
Chłopak przerywa, bo właśnie zauważył piękną brunetkę w tweedowym płaszczu i czarnych spodniach ze skóry.
Daniel od dziecka wiedział, że z ludźmi, którzy mają dość czasu i pieniędzy, by się stroić, lepiej nie krzyżować spojrzeń, bo skończy się to dla niego upokorzeniem. Wychował się w domu szewca i sprzątaczki, którzy powtarzali, że kto przyszedł na świat w dziurawych portkach, w takich umrze. Zmienili zdanie dopiero, gdy zobaczyli, że nawet ludzie skromniej żyjący od nich posyłają dzieci na studia. Nabrali nadziei, że wykształcenie wyrwie Daniela z zaklętego kręgu dziurawych portek, w którym ich rodzina tkwiła od pokoleń. Chłopak został magistrem marketingu. Nie znalazł pracy w zawodzie, więc trafił do biura firmy meblarskiej. Szef dał mu najniższą krajową, ale zapewnił, że lepsze życie zacznie się Danielowi, gdy kryzys minie. Tylko że zamiast tego firma splajtowała, a chłopak wylądował na bezrobociu. Jak wielu jego znajomych z uczelni.
Daniel znów zaczyna masować się po Polsce i wzdycha: - Kiedyś wystarczyło chwycić za karabin, żeby znaleźć się w elicie narodu. Teraz trzeba się w niej urodzić.
Młoda Polska prawicowa
Emigracja do dawnej Polski
Gdy Dominik Rozwał ma gorszy dzień, podwija rękaw bluzy i przygląda się małemu powstańcowi, którego wytatuował na przedramieniu. Dzieciak ma nie więcej niż 13 lat, a już dźwiga karabin. Co takie małolaty miały w głowach - zastanawia się 39-latek - że nie wymiękły podczas powstania warszawskiego.
Tatuaż zrobił sześć lat temu, gdy rzucił robotę w fabryce części samochodowych. Przepracował tam ponad pięć lat - na śmieciówkach. - Do tego szef tak dociskał psychicznie, że zrobił ze mnie kłębek nerwów - wspomina Rozwał. - W nocy nie spałem, miałem stany lękowe i drgawki. Skończyło się na psychotropach.
Dominik nie chciał wyjechać do Anglii, jak zrobiło wielu jego znajomych. Wolał emigrować do dawnej Polski. Na ławce w parku, gdy syn zasnął w wózku, otwierał książkę o drugiej wojnie. Przypominał sobie też o wujku, który walczył u Andersa, i o siostrze babci, która przez całą wojnę ukrywała w komórce młodą Żydówkę.
Teraz Dominik jest kontrolerem produkcji w fabryce hamulców, ma umowę o pracę i co miesiąc dostaje 2700 zł na rękę. Pensje jego i żony wystarczają, żeby utrzymać trzyosobową rodzinę. Tylko że gdy porównuje swoją pracę i tę, którą dawniej wykonywali Polacy, wychodzi mu, że jest na minusie. Bo w Peerelu, zdaniem Rozwała, robota nie zabierała ludziom całego czasu, po fajrancie mogli być mężami, żonami i rodzicami. A Dominik widuje żonę tylko w weekendy i święta. W dni powszednie wychodzi do fabryki, gdy Kasia jeszcze śpi, a wraca, kiedy jej już nie ma. Wieczorem też nie rozmawiają, bo zanim ona przyjdzie z pracy, on zasypia.
Tatuaż na przedramieniu przypomina mu o wielkości, której wokół siebie nie widzi. - Ten powstaniec, choć mały łebek, był wielki, bo pokazał charakter: poszedł na wojnę i narażał siebie dla innych - mówi. - Dzisiaj ciężko być wielkim. Nawet nie wiem, co musiałbym zrobić, żeby takim się poczuć. Mogę tylko harować, żeby opłacić rachunki, ale wtedy jestem szaraczkiem. Już pogodziłem się z tym, że o wielkości muszę zapomnieć. Ale inni nie zapomną. Widzę to po kilku kumplach z tatuażami patriotycznymi i po tysiącach ludzi, którzy co roku 11 listopada maszerują przez Warszawę.
Wyklęci i niesprowokowani. Uliczna lekcja patriotyzmu
Czas patriotów
Wychodzi do drugiego pokoju, żeby się przebrać, a jego żona mnie uspokaja: - Szymon to potulny misio, tylko łatwo się denerwuje.
Potulny misio ma 186 cm wzrostu i 91 kg wagi. Jego ciało jest tak wielkie, że mieści się na nim prawie cała historia męczeństwa narodu polskiego. Na ręce wytatuował sobie napis "1940 Katyń - 2010 Smoleńsk", na plecach - daty powstania listopadowego, styczniowego i warszawskiego, a na piersi - kotwicę Polski Walczącej.
Szymon prowadzi mnie na cmentarz Rakowicki w Krakowie, gdzie w długich rzędach białych grobów leżą legioniści. Często to jedyne miejsce, jakie przychodzi mu do głowy, gdy Paulina każe wziąć dzieciaki na spacer.
Jeśli macie dość nazioli plugawiących swoim hołdem pamięć pomordowanych dzieci z Woli, sybiraków i "leśnych" z AK, zawalczcie o serca i dusze
Szymon zna je od dzieciństwa. Jeszcze zanim usłyszał o nich w szkole, wkuwał je na polecenie ojca. Bo Henryk był synem żołnierza kampanii wrześniowej i nie wyobrażał sobie, że można być Polakiem, nie znając dat zrywów wolnościowych swoich przodków. Dlatego podsuwał Szymonowi czytanki o Traugucie, Chłopickim, Borze-Komorowskim, a potem z nich odpytywał. Karą za nieprawidłowe odpowiedzi był szlaban na grę w piłkę.
Historię męczeństwa Polaków Szymon wytatuował sobie po katastrofie w Smoleńsku. Wierzy w teorię o zamachu. Zaczął zakładać koszulki na ramiączkach, bo polubił sytuacje, gdy na widok jego dziar ludzie w autobusach poważnieją, jakby się go bali. Dzięki temu czuje się silny. Ale tylko na wiosnę i w lecie, bo gdy robi się zimno, musi zakryć tatuaże ubraniami.
Szymon jest dumny, że ma dwoje dzieci, żonę patriotkę i tatuaże. Ale jego zdaniem to za mało, żeby umrzeć jako dumny Polak. Marzy o własnym serwisie samochodowym, wybudowaniu domu i skrzyknięciu znajomych patriotów, którzy spotykaliby się co tydzień i gadali o Polsce. Chce, żeby jego dzieci widziały, jak coś tworzy.
W razie "W" - przeżyję. Preppersi przygotowani na każdą apokalipsę
W kolejkach
Marcin ma astmę, więc co kilka tygodni musi stanąć w kolejce do lekarza. Ale żeby mieć prawo do niej wejść, wcześniej musiał zająć miejsce w innym ogonku - do rejestracji na bezrobociu. Bo pracuje na czarno w sklepie internetowym i nie ma ubezpieczenia zdrowotnego. Urząd pracy o tym nie wie, dlatego co jakiś czas wzywa Marcina, żeby stawił się w kolejce - po skierowanie na rozmowę kwalifikacyjną do jakiejś firmy. Chłopak bierze świstek i idzie do pracodawcy, gdzie czeka już rządek bezrobotnych - po zaświadczenie o braku kwalifikacji. Gdy Gorączko je dostanie, musi jeszcze wrócić do kolejki w pośredniaku - do gabinetu urzędniczki, która odbierze od niego świstek.
W różnych kolejkach czeka już sześć lat, czyli całą dorosłość. Gdy tak opiera się o ściany gabinetów, urzędów i sekretariatów, myśli o powstańcu, który wykrwawia mu się na plecach.
Ziemowit Szczerek: Lemingi zapewnią światu pokój
Polska zaczęła wkurzać Marcina po katastrofie smoleńskiej. Nie myślał, że to zamach, raczej przesilenie, do którego musiało doprowadzić dziadowskie państwo. Wcześniej słuchał o nim setki razy, gdy media donosiły o firmach, które upadały przez błędy urzędników skarbowych. O świeżo zbudowanych drogach, które kończyły się w szczerym polu. O przedsiębiorstwach, które były prywatyzowane za grosze, bo wszyscy zgodnie twierdzili, że w rękach państwa i tak by splajtowały. Słyszał, ale nie przejmował się dziadowską Polską. Aż do 10 kwietnia 2010 roku. Wtedy odkrył prawicowy internet. Felietony o potrzebie przeorania państwa i zbudowania go na nowo mieszały się tam z esejami o Piłsudskim, powstaniu warszawskim i żołnierzach wyklętych. Utknął w tych tekstach na długie lata i nadrabiał zaległości. Ze szkoły, bo jako uczeń jeszcze nie miał głowy do historii. I z domu: - Mój tata jest hydraulikiem, mama kucharką, a prości ludzie w starszym pokoleniu nic o historii nie wiedzą i nie mogą zaszczepić dzieciom patriotyzmu.
Gdy zrobił tatuaż, miał opory, żeby pójść na basen, ściągnąć koszulkę i pokazać krwawiącego powstańca. Bał się, że ludzie będą patrzeć na niego jak na oszołoma. Teraz już się nie boi. - Bo naród się obudził, patriotów jest coraz więcej - mówi. - Od ostatnich wyborów czuję się w Polsce całkiem nieźle. Nie chcę zapeszać, ale teraz nawet nie wzywają mnie do urzędu pracy, żebym odstał swoje w kolejkach. Może wreszcie Polska zmusi takich szefów jak mój do płacenia pracownikom ubezpieczenia. I pozwoli nam żyć.
Laski chcą dotknąć dziary
Z okna widzi dwóch "zielonych ludzików". Omiatając ulicę spojrzeniem, upewniają się, że jest bezpiecznie. Potem przechodzą pod mur kamienicy spod piątki. Przewieszają kałachy przez ramię, ściągają hełmy i kominiarki, żeby zapalić szlugi. Wojtek szybko wyciąga z szafy pistolet maszynowy Sten, kultową broń powstańców warszawskich, otwiera okno i oddaje do ludzików serię strzałów. Trafia, ale czuje niedosyt. Bierze z kuchni nóż, wybiega na ulicę, żeby poderżnąć trupom gardła.
Ten krwawy sen to ślad, jaki w głowie Wojtka Szlachetki zostawili Rosjanie, zajmując Krym. Pomyślał wtedy, że "zielone ludziki" nie poprzestaną na Ukrainie, pójdą dalej - na Litwę, Łotwę, Estonię, a w końcu dotrą do Polski. Zaczął więc czytać o walkach, które polscy partyzanci toczyli z okupantami. Zapisał się na kurs strzelecki i wytatuował na łydce kotwicę Polski Walczącej.
Już od maleńkości w Polsce przesiąkamy skrajnie nieprawdziwym obrazem wojny - romantycznej, młodzieńczej przygody
Wojtek ma żal do swoich dziadków, bo nie chcieli mu opowiadać o wojnie. Podejrzewa, że zamiast wykorzystać szansę na bohaterstwo, jaką daje okupacja, orali pole, karmili kury i doili krowy. Na swoje podobieństwo ulepili jego rodziców, którzy zamiast sprzeciwiać się komunie, pokornie podbijali kartę - ojciec w stolarni, a matka w zakładzie fryzjerskim. Dla Wojtka umieranie za ojczyznę jest ważniejsze niż życie. Twierdzi, że gdyby dostał szansę na przelewanie krwi za Polskę, umiałby ją wykorzystać. Ani chwili nie wahałby się z rzuceniem posady agenta nieruchomości.
Pensja starcza mu na wynajem kawalerki w Krakowie, koszule z modnych sieciówek, steki z najlepszej wołowiny, wakacje w Hiszpanii i balowanie w weekendy na mieście. Uważa, że żyje w dostatku, ale nie czuje, że coś od niego w świecie zależy ani że coś po nim zostanie. Gdy się zastanawia, jak naznaczyć sobą świat, do głowy przychodzi mu scena ze snu, w którym patroszy "zielone ludziki".
Od kiedy Wojtek jest prawdziwym mężczyzną, o wiele rzadziej ściele łóżko.
1600 brutto i potęga PiS-owskiej propagandy
Tam, gdzie każdy Polak się zaczyna
Orzełka Eweliny nikt z obcych nie zobaczy, bo schowała go pod majtkami. - Miałam wątpliwości, czy jeśli wytatuuję go koło pachwiny, nie sprofanuję godła Polski, ale potem pomyślałam, że to miejsce u kobiety jest jakoś święte, bo każdy Polak tam się zaczyna - uśmiecha się 21-letnia studentka. - Chciałam, żeby orzełek był tylko dla oczu mojego chłopaka. Maciek poczuł się tym wyróżniony, ale i tak później odszedł do innej.
Orzeł pod majtkami dumnie zadziera główkę, co symbolizuje niezłomność Polaków. Ewelina opowiada o nim tylko koleżankom, bo faceci mogliby się podniecać. Twierdzi, że dzisiaj mężczyznom wzrasta poziom testosteronu, dlatego trudno jej znaleźć chłopaka, który już na pierwszej randce nie proponowałby "wjazdu na chatę". A najbardziej niecierpliwi są faceci z tatuażami patriotycznymi.
Ewelina wyciąga z szafki zdjęcie, na którym dziadek Jan wtula się w babcię Jadwigę. Już wtedy cierpiał na demencję. Zapominał, jak to było, gdy walczył w AK i gdy siedział u komunistów w więzieniu. Pewnie zdrowo dostał w skórę, domyśla się Ewelina, widział krwawe sceny, ale na starość prawie o wszystkim zapominał. Została mu tylko miłość.
Ewelina szuka stowarzyszenia, do którego mogłaby się zapisać i działać na rzecz zniesienia umów śmieciowych. Wyobraża to sobie tak: ktoś stworzy projekt ustawy, inny skonsultuje z ekspertami, ona i jej podobni będą zbierać podpisy na ulicach i w internecie, a potem wyślą to politykom.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


CO SIĘ STANIE, GDY OTWORZYSZ TRZECIE OKO? Mistyczne Zdolności w Zasięgu Ręki! Co zrobić, gdy nie wiesz jak zacząć? Jak odpowiesz, gdy zapytam: Kim jesteś? JAK SOBIE RADZIĆ Z TRUDNYMI LUDŹMI? CO ROBIĆ, JEŚLI SIĘ NUDZISZ – 9 POMYSŁÓW Ania Karwan - Słucham Cię w Radiu Co Tydzień [Official ... Języki miłości. Co zrobić, gdy mój partner mówi w obcym języku? MIŁOŚĆ I WALENTYNKI - A co gdy jesteś Nieprzygotowany?  Punkt Zwrotny 'Tylko nie miłość' polski zwiastun Co zrobić, aby być SZCZĘŚLIWYM?

W MIŁOŚCI I WOJNIE WSZYSTKO JEST SPRAWIEDLIWE: DLACZEGO ...

  1. CO SIĘ STANIE, GDY OTWORZYSZ TRZECIE OKO? Mistyczne Zdolności w Zasięgu Ręki!
  2. Co zrobić, gdy nie wiesz jak zacząć?
  3. Jak odpowiesz, gdy zapytam: Kim jesteś?
  4. JAK SOBIE RADZIĆ Z TRUDNYMI LUDŹMI?
  5. CO ROBIĆ, JEŚLI SIĘ NUDZISZ – 9 POMYSŁÓW
  6. Ania Karwan - Słucham Cię w Radiu Co Tydzień [Official ...
  7. Języki miłości. Co zrobić, gdy mój partner mówi w obcym języku?
  8. MIŁOŚĆ I WALENTYNKI - A co gdy jesteś Nieprzygotowany? Punkt Zwrotny
  9. 'Tylko nie miłość' polski zwiastun
  10. Co zrobić, aby być SZCZĘŚLIWYM?

'TYLKO NIE MIŁOŚĆ'! - komedia, w której nieszczęścia chodzą parami! OD 30 LISTOPADA W KINACH! Można mieć pecha raz lub dwa, ale co zrobić, gdy każdy związek ... Co tym razem podarować Partnerowi na Walentynki? A co jeśli na śmierć zapomniałeś i jesteś Nieprzygotowany? W tym odcinku VLOG o Miłości i Walentynkach! Subskrybuj Punkt Zwrotny: https ... „Słucham Cię w Radiu Co Tydzień” to trzeci singiel pochodzący z debiutanckiej płyty Ani Karwan, zatytułowanej po prostu „Ania Karwan” (premiera 15 lutego 201... Języki miłości. Co zrobić, gdy mój partner mówi w obcym języku? Julitta Dębska. ... co będzie najbardziej odpowiednie lub, gdy partner zapomniał o ważnej rocznicy, pojawia się ... Fraktalny świat, w którym 'to co wewnątrz - to na zewnątrz'. Czas przywrócić Energię Miłości na tej Planecie, a żeby to zrobić - przywróćmy miłość w sobie. Jesteśmy tu razem, i z ... Jeśli chcesz zmienić swoje życie - mogę Ci pomóc w dowolnej dziedzinie. Andrzej +48 690 137 423 E-mail: [email protected] Jestem tu po to, by kreować nowy świat. Jestem tu po to, by ... Fraktalny świat, w którym 'to co wewnątrz - to na zewnątrz'. Czas przywrócić Energię Miłości na tej Planecie, a żeby to zrobić - przywróćmy miłość w sobie. Jesteśmy tu razem, i z ... Fraktalny świat, w którym 'to co wewnątrz - to na zewnątrz'. Czas przywrócić Energię Miłości na tej Planecie, a żeby to zrobić - przywróćmy miłość w sobie. Jesteśmy tu razem, i z ... Fraktalny świat, w którym 'to co wewnątrz - to na zewnątrz'. Czas przywrócić Energię Miłości na tej Planecie, a żeby to zrobić - przywróćmy miłość w sobie. Jesteśmy tu razem, i z ... Zrób z banana ogórek, pomaluj doniczkę, zagraj w jajkowy teatr, lub zrób sesję zdjęciową w niebieskim dymie! Te i inne zabawne pomysły – w naszym nowym wideo! Narzędzia i materiały: